Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozmowy kwalifikacyjne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozmowy kwalifikacyjne. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 lipca 2012

Mewy, historia i trochę kawy, czyli Hastings i praca.

         Choć człowiek niejednokrotnie narzeka na pracę, nie może się bez niej obejść.
 Antoni Kępiński 


         O bitwie pod Hastings usłyszałem pewnie pierwszy raz gdy otrzymałem wspaniale ilustrowaną książkę opisującą najważniejsze bitwy i wojny w historii. Niestety nie pamiętam jej nazwy, ale razem z drugą (opisującą największych przywódców) tworzyły cykl dający niejakie pojęcia o historii Europy oraz świata jako-takiego, na wojskowości się skupiwszy. Niemniej jednak, fakt zapomnienia tytułu książki nie powinien umniejszać jej wartości. W końcu nie pamiętam tytułów wielu książek i to nie tylko takich, które otrzymałem w wieku 6-7 lat. Dla tych, którzy nie czerpali radości z czytania o rycerzach, królach i innych Hunach (lub nie mieli takiej możliwości) oraz nie uważali na lekcjach historii, przypomnę zwięźle o co chodziło (bo wyjątkowo nie o kobiety tym razem).

          14 października 1066 roku pod Hastings starły się wojska Wilhelma, księcia Normandii (nazwanego potem Zdobywcą) oraz Haroldem II, królem Anglii. Cała awantura dotyczyła korony po zmarłym w styczniu Edwardzie Wyznawcy, który w czasie swego panowania obiecał ją przynajmniej trzem różnym osobom. Nie zgłębiając się w system administracyjno-feudalny średniowiecznej Anglii, koronę otrzymał Harold, co nie w smak było księciu Normandii. Zebrał więc wojsko (ok. 8 tys. ludzi, w skład których wchodzili baronowie z większości Europy Zachodniej) oraz zbudował (lub pożyczył) statki, które mogły przetransportować wojska przez Kanał La Manche. Korzystając z pomyślnych wiatrów Wilhelm wylądował na brzegu angielskim pod koniec września i ruszył pod Hastings. Tam, w sumie nieoczekiwanie spotkał armię Harolda, który zaledwie trzy tygodnie wcześniej pobił swego brata, który także pretendował do tronu, wspieranego przez wikingów norweskich i orkadzkich.
          A tak już w skrócie maksymalnym: Bitwę wygrał Wilhelm. Harold zginął. W skutek bitwy i następnych trzech lat podbojów Normanowie całkowicie opanowali Wyspy oraz praktycznie wyeliminowali Anglosasów z elit rządzących.

          Jeżeli jeszcze się nie znudziliście, to polecam książkę N. Daviesa Wyspy. Historia, wydaną przez ZNAK. Można też zajrzeć do Hastings 1066,  Jacka Soszyńskiego (wyd.  Bellona).


          Ale dosyć historii, pora napisać, czemu w ogóle poświęciłem czas i miejsce na opisy historyczne. Ano dlatego, że wybrałem się (a raczej zostałem zabrany przez Sue i Johna) do owego Hastings. Miała być ładna pogoda ( i, o dziwo, była całkiem niezła), fish&chips (też było) i taplanie w morzu (pogoda aż tak dobra nie była). Samo miasteczko (miasto?) jest niewielkie i robi wrażenie trochę zapomnianego. Generalnie po wielkiej popularności jako destynacji wakacyjnej w latach 80' i 90' wygląda na to, że podupadło. Kiedyś podobno było jednym z głównych miast, do których wyjeżdżali Londyńczycy, obecnie raczej przedstawia sobą zapomniany ośrodek turystyki sanatoryjnej. Najbardziej widoczna grupa wiekowa na ulicach to 65+ i raczej to nie dziwi biorąc pod uwagę, że od Londynu dzieli je tylko 2 godziny jazdy samochodem. Podejrzewam, że większość młodych ludzi zwyczajnie uciekła w poszukiwaniu pracy, rozrywki czy też nauki (mimo, że w Hastings znajduje się jeden z campusów Uniwersytetu Brighton).
Dzień piekielnie leniwy, jedyne czego brakowało to właśnie tej historii z jaką związane jest to miasto. Żadnego muzeum nie widziałem (aczkolwiek może znajdować się w miejscowości o wiele mówiącej nazwie Battle, która znajduje się w miejscu gdzie odbyła się w/w bitwa), zamek, a raczej jego żałosne szczątki też nie wyglądały na tyle interesująco by wspinać się na klif, na którym się znajdowały. Niemniej jednak wrzucam na dole zdjęcia coby nie było, że konfabuluję. A! Po Hastings odwiedziliśmy jeszcze Bexhill (bodajże) coby się kawy dobrej napić i przejść wzdłuż morza. Zdjęcia głównie łajb oraz mew, które były wszędzie i były głośne bardzo nawet.








 Nie wiem, co to miało symbolizować, ale w połączeniu z dymiącą beczką wrażenie robiło niezłe.





"Nagroda na najmniej równe ściany wędruje do...."






          Jest jeszcze jedna rzecz. Ano taka, że mam pracę. Pewnie ważniejsze niż Hastings, ale jakoś tak mi się zebrało, że od historii zacząłem. Postaram się skrócić wszystko maksymalnie, bo post długi już jest i kolacja się przypala od kilkunastu minut.

          Uznając, że każda praca będzie dobra jeżeli przyniesie jakiś sensowny dochód ( a także zniechęcony coraz to gorszymi rozmowami kwalifikacyjnymi, w których miałem [nie]przyjemność brać udział) wybrałem się na "open recruitment day" do fili Starbucks'a przy kortach na Wimbledonie. Niestety nie wziąłem pod uwagę (a na ogłoszeniu też nie zwrócili na to uwagi), że zaczyna się akurat turniej tenisowy, więc chętnych na kawę będzie więcej niż normalnie. Dnia otwartego nie było, a ja poszedłem do fili na Putney (gdzie widziałem ogłoszenie) zwrócić uwagę, że nie będzie aktualne przez najbliższe dwa tygodnie.
Od słowa do słowa i okazało się, że mogę mieć rozmowę rekrutacyjną od razu, bo akurat na Putney też ludzi potrzebują i menager jest w biurze. Rozmowa poszła o tyle dobrze, że była prowadzona po polsku (tak wiem ironia) gdyż połowa zespołu to Polacy właśnie, wliczając w to menagera. O samej pracy o Starbucksie napiszę potem, ale ważne, że praca jest i można trochę się wyluzować, a nie być spiętym o to, kiedy pieniądze się skończą.

To chyba na tyle, więcej wkrótce.

piątek, 22 czerwca 2012

Okólnik powszechny

       "Ostatnie dekady były czasem niebywałego rozmnożenia wszelkich form wyższego wykształcenia i nieprzerwanego wzrostu liczebności zastępów studentów. Tytuł uniwersytecki obiecywał wyśmienite posady, dobrobyt i splendor: pula gratyfikacji rosła wprost proporcjonalnie do stale poszerzającej się liczby osób z dyplomami. Dzięki koordynacji między popytem a podażą, rzekomo z góry ustalonej, gwarantowanej i niemal automatycznej, trudno było się oprzeć uwodzicielskiej mocy obietnicy. Teraz jednak tłumy uwiedzionych zmieniają się hurtowo i błyskawicznie w zastępy sfrustrowanych. Pierwszy raz za naszych czasów, cały rocznik absolwentów staje przed dużym prawdopodobieństwem, a wręcz pewnością wykonywania dorywczych, tymczasowych, i niestabilnych prac, nieodpłatnych „szkoleniowych” pseudo-prac, kłamliwie przemianowanych na „praktyki”  –  wszystko to znacznie poniżej nabytych umiejętności i lata świetlne poniżej poziomu oczekiwań. Albo doświadczają bezrobocia trwającego dłużej, niż zajęłoby kolejnemu rocznikowi absolwentów dodanie swoich nazwisk do i tak niebywale długiej listy oczekujących na pracę" 
Zygmunt Bauman, krytykapolityczna.pl, 27 lutego 2011

            Do napisania tego posta zabierałem się od dobrego tygodnia. Najpierw miało być o tym co to się działo podczas meczu Polska-Rosja, ale rozmowa na Facebook'u uświadomiła mi (jako że była nad wyraz wyczerpująca i w gruncie rzeczy merytoryczna), że nie ma to większego sensu. Następne podejście dotyczyło zwykłego dnia podczas poszukiwania pracy. Nawet, gdzieś w szkicach postów zachowała się jeszcze jakaś nieostateczna wersja tegoż. Obiecuję, że jak dojrzeje (zarówno owa wersja, jak i ja) do tego żeby ją opublikować, to to zrobię.

Jeżeli już ktoś się do mnie odzywa, to najczęściej jednak pyta czy już mam pracę i co porabiam całymi dniami. Tak więc dzisiaj postaram się odpowiedzieć na te pytania. Aczkolwiek bez zbędnych szczegółów.

          Zacząć trzeba od tego, że pracy jeszcze nie mam. Dzień w dzień ślę CV, były jakieś rozmowy przez telefon, spotkania, ale bez większych sukcesów oprócz zakwalifikowania się do kolejnego etapu rekrutacyjnego na staż w firmie rekrutacyjnej. W przyszłym tygodniu idę na kolejne dwie rozmowy, jedna dotyczy pracy w firmie zajmującej się rekrutacją, a druga marketingiem internetowym. Oprócz wysyłania maili z CV i listami referencyjnymi odnowiłem kontakty z ludźmi, dla których wykonywałem jakieś drobne prace dwa lata temu i zaczyna to przynosić efekty. Tutaj coś tam pomalować, tam ogarnąć ogród (który nie był ruszany od czasu kiedy ja się nim zająłem, więc wygląda jak mała dżungla). Niby nie dużo, ale zawsze parę £ wpadnie. 

Co do typu pracy w jaki celuje, to docelowo staram się trafić w branżę administracyjną oraz rekrutacyjną, ale nie ograniczam się i jak brakuje mi jakiś umiejętności, to staram się je szybko nadgonić.


          I tutaj dochodzimy do tego co robię z taką ilością wolnego czasu. Generalnie staram się trzymać ustalonego rytmu dnia, bo inaczej bym się rozleniwił maksymalnie. Poranek, to (jako że mogę sobie pozwolić) wolny start. Kawa, email, gazeta.pl, bbc.com i facebook. Z reguły nie dowiaduję się, że wybuchła 3 wojna światowa, Ziemię zaatakowały zmutowane jaszczurki z innej galaktyki. Raczej, że na Kaponierze wykoleił się tramwaj, Klementyna W. ma kaca po wczorajszej imprezie, a Bartek C. zdał egzamin magisterski i będzie dopiero kaca miał. Czasami zdarzają się super wartościowe info, takie jak to, że może wpadłbym na rozmowę kwalifikacyjną. 

Jeżeli nie mam akurat rozmowy w danym dniu, to staram się sporządzić jakiś grafik z konkretnymi zadaniami (z cyklu wyślę 20CV, odpiszę na maile do tego i owego, oraz skoczę zrobić zakupy). Żeby popracować nad samoorganizacją oraz planowaniem czasu. Z reguły jednak nawet jak nie mam spotkania, to coś do roboty jest. A to trzeba ogarnąć rower (właśnie!! nie wspominałem, odziedziczyłem rower, muszę tylko ogarnąć nowe opony i dętki i będzie jak znalazł, żeby śmigać po mieście, więcej info i zdjęć później), a to ciocia Laury się pyta, czy jej kuzynki byśmy nie odebrali ze szkoły, bo jej coś wypadło. Albo dzień wcześniej się zepsuł prysznic i trzeba nowy wąż do niego kupić. Tak więc zawsze coś się znajdzie do zrobienia.

          Oprócz tego co napisałem powyżej dochodzą jeszcze spotkania towarzyskie. Do tej pory były już:
- urodziny znajomej z Helsinek, co to też do Londynu się sprowadziła
- urodziny wspomnianej już kuzynki Laury
- dzień taty (obchodzony w UK 17.06)
- Jubileusz (ale to tylko dwa dni po przyjeździe tylko)
- dobre chińskie żarło w seczuańskiej restauracji (przy czym fakt, że jedzą tam prawie tylko Chińczycy w ciągu dnia potwierdza w moim mniemaniu autentyczność przyrządzanych tam potraw. Są iście wyborne)
- z dwa razy wybrałem się ot tak, żeby pochodzić, ale jako że głównie tutaj pada, to za dużo spacerów nie uskuteczniam.


          Od poniedziałku do grafiku dziennego wejdzie znowu bieganie, bo udało mi się znaleźć przecenę Kayano 18, które ze 129£ na 66£ przecenili i (o dziwo) mają mój rozmiar. Przyznam, że po 2 miesiącach przerwy z chęcią wrócę do ruszania tyłka na bieganie. W środę z kolei idę na pierwsze spotkanie jednego z tutejszych klubów Toastmasters "Polish your Polish". Może pomoże mi to utrzymać, a nawet poprawić jakość moich wypowiedzi w rodzimym języku, Co do anglojęzycznego klubu, to mam zamiar uzyskać informację na spotkaniu w środę.



          Tak więc jak widzicie drodzy czytelnicy, wasz ulubiony bohater ma się świetnie i dzielnie zmaga się z przeciwnościami losu. Oczekujcie kolejnych odsłon jego przygód w nadchodzących odcinkach.





Tak w ogóle, to gdyby nie fakt, że ten serwis pokazuje statystyki odwiedzin, to nie miałbym pojęcia, że ktokolwiek tutaj zagląda, tak więc jak już nie w komentarzach, to chociaż w mailu dajcie czasem znak, że czytacie.

piątek, 8 czerwca 2012

Londyn

"– Nie ma takiego miasta – Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...
– Ale Londyn – miasto w Anglii.
– To co mi pan nic nie mówi?!
– No mówię pani właśnie.
 – To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna.."


Niektóre osoby pytały dlaczego akurat Londyn, a nie inne miasto. Dla tych co jeszcze nie wiedzą, to napiszę, że taki mieliśmy układ z Laurą. Najpierw ja skończę swoje studia w Poznaniu, a potem razem pojedziemy do Londynu, żeby Ona mogła skończyć swoje. Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Jeszcze zanim tutaj przyjechałem zacząłem rozeznawać rynek pracy, który (przynajmniej w teorii) powinien być większy niż u nas. Pomiędzy pisaniem  pracy magisterskiej, a pracą wysłałem  kilka CV, zarejestrowałem się na portalach z ofertami pracy oraz stworzyłem profil na Linkedin ( któremu poświęcę osobny post pewnie). O dziwo, na większość moich aplikacji otrzymałem odpowiedź. Było to o tyle zaskakujące, że nie przypominam sobie, żeby moje aplikacje miały taki odzew przy szukaniu pracy w Polsce.
Głównie formą kontaktu były emaile, ale zdarzyło się też kilka telefonów z czego dwa były wstępnymi rozmowami kwalifikacyjnymi. Niestety maile najczęściej kończyły się zaproszeniem na rozmowę, która miała się odbyć jeszcze przed moim przyjazdem do Londynu, podobnie rzecz miała się z obydwoma telefonami. Udało mi się jednak umówić na ponowną rozmowę telefoniczną (podczas której mieliśmy ustalić datę spotkania) oraz jedną rozmowę kwalifikacyjną zaraz   po moim przyjeździe do UK.

Tak wyszło, że dzień mojego przyjazdu wypadł w święto państwowe z okazji 60-lecia panowania królowej Elżbiety II. Jako że obchody Jubileuszu trwały od soboty (2.06) do wtorku (4.06), to pierwsze dwa dni na wyspach skupiły się na ogarnianiu rzeczywistości, czyli rozpakowywaniu, przekładaniu i ogólnej organizacji życia. Dopiero w środę zadzwoniłem do wcześniej wspomnianej firmy i umówiłem się na spotkanie na wczoraj (7.06).
Samo spotkanie... no cóż, wychodzi na to, że póki co jest 1-0 dla agencji rekrutujących, a przynajmniej ogłaszających się jako takie. Po dotarciu na miejsce spotkania byłem świadkiem rozmowy pani z działu obsługi klienta z chłopakiem, który przyszedł w poszukiwaniu pracy. (Tutaj muszę wyjaśnić na czym polega "myk" tejże firmy. Dzwonią i mówią, że mają pracę zgodną z moim CV, które biorą albo z Linkedin, albo innych serwisów dla poszukujących pracy, gdy pełen nadziei i generalnej radości przybywam do biura dowiaduję się, że i owszem praca jest, ale najpierw muszę wziąć udział w szkoleniu, które kosztuje, bagatela, 1,5 tyś funtów. System działa, co wyjaśniam dalej.) Wracając do owego nieszczęśnika poszukującego pracy. Trafił na wybitnie irytującą kobietą. Aczkolwiek może irytowała tylko mnie? Faktem jest, że była nie do zdarcia i w końcu udało jej się uzyskać depozyt od chłopaka na kurs, ale ja bym na jego miejscu nie zdzierżył tekstów z cyklu: "jesteś bardzo inteligentny, ale dopiero po tym kursie będziesz mógł z dumą o sobie powiedzieć, że jesteś profesjonalistą", albo "ten kurs pozwoli tobie myśleć o sobie jako o zdolnym do podjęcia tej pracy, będziesz miał odwagę aby aplikować na te pozycje". W końcu, gdy na pytanie o umiejętności obsługi pakietu MS Office w skali 1-10 usłyszała odpowiedź 10 (co wynikało z wcześniejszej pracy chłopaka i było uwzględnione w jego CV) padło "O! Na pewno nie jest aż tak dobrze, ten kurs pozwoli Tobie na uzyskanie PRAWDZIWEGO mistrzostwa w używaniu tych programów".
Niestety brakuje mi umiejętności by oddać pisemnie ton jej głosu oraz mimiki, ale zwracała się do niego jak do kompletnego idioty i głąba. Strasznie denerwujące to było.
Po tym jakże czarownym wstępie wiedziałem już czego mogę się spodziewać, więc gdy przyszła moja kolej nie dałem szansy na rozwinięcie się kobiecie, która do mnie przyszła, tylko jasno powiedziałem, że treningów mam dosyć, szczególnie że właśnie skończyłem takie jeden, co to pięć lat trwał i szukam pracy. Trzeba przyznać, że pani, która rozmawiała ze mną stanęła na wysokości zadania i bez zbędnego nagabywania powiedziała, że prześle CV do działu zajmującego się znajdowaniem pracy i jak coś się znajdzie, to się ze mną skontaktują (wydaje się toto mało prawdopodobne, ale wiarę mieć trzeba).
Tak podsumowując, to w ciągu 30 min, jakie spędziłem w biurze przewinęło się przez nie może 20 osób, z których większość stanowili Azjaci. Widać było też, że większość z nich znalazła się tam na takiej samej zasadzie jak ja. Wydaje mi się, że mimo wszystko udaje się tego typu firmom zarabiać całkiem niezłe pieniądze na zagubionych imigrantach, bo przecież 1,5 tysiąca, to nie tak dużo jeżeli w skład pakietu wchodzi kurs (internetowy, wszak koszty trzeba ciąć), stanowisko pracy po ok. 3 miesiącach (czyli po ukończeniu jakiejś tam części kursu) oraz zapewnienie o "opiece" przez całość procesu. No cóż, jak dla mnie to bardzo dobrze zorganizowana ściema mająca na celu wyciągnięcie kasy.

Na koniec mam dwa pytanio-przemyślenia, na które nie znalazłem jeszcze odpowiedzi:
1) Dlaczego ludzie pracujący w ścisłym centrum biznesowym Londynu nie noszą ze sobą parasoli? I nie ma mowy o tym, że nagle połowa z mijających mnie ludzi ich zapomniała (chociażby dlatego, że wczoraj prawie cały dzień padało).
2) Muszę się znowu przestawić na inne odległości. Tzn. jeżeli mogę gdzieś dojść na piechotę w 20 minut, to jest to ekstremalnie blisko; 45-60 minut przy pomocy środków komunikacji miejskiej, to całkiem wygodny dystans (tyle zajmuje mi dojazd do Westminsteru); reszty jeszcze nie sprawdziłem, ale przyzwyczajony jestem do dystansów raczej poznańskich i do tej pory jak gdzieś było trzeba jechać dłużej niż 20 min, to poważnie się zastanawiałem nad sensem. Podobny proces adaptacyjny przechodziłem tutaj dwa lata temu oraz w zeszłym roku w Ałma Aty, tylko że tam nie było metra...