Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie codzienne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie codzienne. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 stycznia 2013

Chill out man!


Weekend miał być lajtowy. Taki mega wręcz. Wstać rano, ale zostać w łóżku do południa, kawa z elektronicznym wydaniem Wyborczej i czytaniem zaległych artykułów. Jakaś notka na bloga z potworzonych szkicy wybrana, żeby nie było, że nie podołałem wyzwaniu. Potem może jakiś film lub książka, a wiczorem zaległe, urodzinowe spotkanie przy piwie i meksykańskim jedzeniu, a jutro jakieś bieganie, festiwal rzeźby lodowej i ogólnie pojętego relaxu ciąg dalszy.

Wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że już o 8 rano poczułem się źle, że leżę w wyrku. Normalnie poczucie winy się we mnie obudziło, że nie wstałem wcześniej. W końcu „kto wcześnie wstaje temu Pambu daje” itd.  No i się zerwałem no. Pomyślałem nie może być tak, żebym marnował czas na relax i odpoczynek.
Na szczęście się opamiętałem i po jakimś czasie wróciłem do założeń weekendu, podczas ktrórego nie ma parcia na robienie czegokolwiek, a już na pewno nie ma miejsca na stres.  

Przywiodło mnie to do zadania sobie kilku pytań:
- jak bardzo wpadłem w wir szukania nowej pracy/pracy samej w sobie/realizowania postanowionych celów?
- czy warto bezwzględnie podążać ścieżką, którą się wyznaczyło jakiś czas temu?
- czy jest normalne, że „nic nierobienie” budzi poczucie dyskomfortu i winy?

Pozastanawiam się nad tym sącząc „Famous Grouse” przy kominku i czytając Krajewskiego. Wracam do spokojnego weekendu więc.



P.S.
Jutro nowa porcja „Niedzielnika”. Będzie o nowej polskiej produkcji , co to nawet lepsza ma być od Wiedźmina, a także starych mediach w XXI wieku.

poniedziałek, 7 stycznia 2013

It should have been different/Miało być inaczej


Macie czasami tak, że nie ważne jak sobie wszystko zaplanujecie, to się nie wyrobicie? Ja z tym walczę i ostatnio odnosiłem znaczące sukcesy. Wczesne wstawanie oraz wprowadzenie kilku innych zasad do mojego rytmu dnia pozwalało mi na dobrą organizację czasu i realizację wyznaczonych celów. A dzisiaj, że zacytuję jedną z polskich komedii „cały misterny plan w p***u”.

Poranne wstawanie wyszło, nawet bardzo dobrze, ale z premedytacją założyłem, że w związku z kilkoma innymi rzeczami wpis na bloga powstanie nie zaraz po wstaniu, a pod wieczór. Nie założyłem jednak, że każda z rzeczy, które sobie zaplanowałem pójdzie przedłuży się o co najmniej godzinę. W ten oto sposób dopiero niedawno wróciłem do domu, w którym notabene byli goście i nie chciałem wyjść na polaka-buraka (mała litera zamierzona), który chowa się w pokoju.

Z tego wszystkiego nie powstał tekst, który jest już ułożony w mojej głowie. Jutro wam to zrekompensuję, a tymczasem popatrzcie na reklamę, którą wrzucił przerwanareklame.pl na swojego fanpage’a na Facebook’u:
Ciekaw jestem co o tym sądzicie. Za ostre, niesmaczne, czy może dające do myślenia? Swoją opinią  podzielę się pod komentarzem, który będzie jakoś sensownie odnosił do treści reklamy.

PrzerwaNaReklame.pl


Do you sometimes have days when it doesn’t matter how much you planned everything you want to do, you still don’t manage to do it? For last few months I’ve been fighting with lack of organisation and I’m pleased to say, that I see the improvement. Waking up earlier and introducing a few more rules into my daily routine allowed me to organise my time well and realise my daily tasks. Unfortunately, today the great plan of mine failed.

Morning routine was good, even very good; the mistake I made was to schedule writing the post for the evening rather than the morning. Simply I had other things I wanted to do. I didn’t think that everything would take almost twice the time I planned for it. Because of that I came back later to home. Because all of this I haven’t written the post I was meant to. It already exists in my head, but I need to write it down. I will catch up tomorrow, promise.

I don’t know how many of you have seen it, but there is the advert which was posted on one of the Polish marketing blog’s fanpage. What do you think about it? Is it good, disgusting or maybe it will make people think more about clean hands? Share your opinion please. I’ll give my point of view in reply to the first comment which gives a reasonable opinion.

PrzerwaNaReklame.pl

czwartek, 3 stycznia 2013

e- or just a book? / e-, czy tylko książka?

From http://www.mymcpl.org


Ten tekst miał być o czymś innym. Ale nic straconego. „Jutro też jest dzień.”

Wczoraj minął rok odkąd zdradziłem wartości wpajane mi w dzieciństwie. Pisałem już, że zostałem wychowany w domu, w którym książki otaczały mnie z każdej strony. Zarówno wspaniale wydane albumy, twardo oprawiane dzieła Mickiewicza, Bułhakowa oraz innych klasyk literatury ale też miękkie pozycje wydawnictwa AMBER z dziełami Clancy’ego i Ludluma na czele stanowiły dla mnie wrota do zupełnie nowych, nieznanych realiów. Szybko okazało się jednak, że domowa biblioteczka staje się zbyt skromna i nie może zaspokoić mojego apetytu. Nie znaczy to, że przeczytałem każdą pozycję w niej zawartą. Zwyczajnie przeczytałem wszystko (niejednokrotnie więcej niż raz), co mnie interesowało. W ten sposób zacząłem kupować książki i od tego też momentu zacząłem o nie dbać. Ba! Stałem się pedantem, który o swoje książki dbał z nabożną czcią. Miały (po przeczytaniu) wyglądać jak nowe i tak też się prezentować w na półkach. Nie spotkałem jeszcze osoby, która by to zrozumiała , jeżeli niemiły był jej zapach farby drukarskiej oraz szelest przewracanych kartek.

Moja fascynacja literaturą miała też swoje ujemne strony. Jako odludek wolący czytać na każdej przerwie w kącie szkolnego korytarza, sam skazywałem siebie na ostracyzm. Dodatkowo okazało się, że moje zamiłowanie do lektur szkolnych nie spotkało się z dobrym przyjęciem wśród szkolnych rówieśników. Do tej pory nie mam pojęcia jak w tym wszystkim udało mi się nabyć zdolności niezbędne do współpracy i socjalizacji.

Co tu dużo mówić, żyłem w świecie, w którym książka stanowiła najlepszy prezent na urodziny, Święta, imieniny, czy też bez okazji, tak po prostu.

Moja pasja do papierowych książek trwała niezmiennie do  Bożego Narodzenia 2011 włącznie. Potem dowiedziałem się jak kupić KINDLE’a i w przerwie świątecznej przeczytałem wszystkie artykuły na swiatczytnikow.pl, który jest kopalnią wiadomości o e-bookach i czytnikach, a także rynku wydawniczym w Polsce. Decyzję podjąłem szybko, bo już 28.12.2011 zamówiłem poprzez amazon.com Kindle Classic 4.

Wbrew pozorom nie przyszło mi to łatwo. Kupno czytnika e-book’ów stanowiło zaprzeczenie wykreowanej przeze mnie idei o czytaniu książek w ich papierowej formie. Na początku wmawiałem sobie, że przecież Kindle będę używał tylko do czytania artykułów potrzebnych do pisania magisterki, żeby ton wydruków ze sobą nie nosić (teraz wiem,że Kindle i PDF’y to nie najlepsze połączenie), a książki będę czytał tradycyjnie, tak jak uważałem, że powinno się je czytać, na papierze.

I rzeczywiście tak było. Przez pierwsze kilka miesięcy. Dokładnie przez pięć. Do tego czasu nadrabiałem zaległości w literaturze książek, których udało mi się zgromadzić pokaźny stos. W międzyczasie na Kindle pojawiło się kilka pozycji anglojęzycznych dostępnych za darmo (albo jednego dolara) z amazon.com, jednak nie przekonały mnie one do całkowitego przerzucenia się na czytnik.

Dopiero w czerwcu zostałem pochłonięty przez e-booki. Złożyły się na to 3 czynniki:
- prezent od rodziców w postaci pieniędzy na zakup wybranych książek
- padnięcie serwerów woblink.com i wynikająca z tego promocja, w której rozdawali oni tysiące książek
- przeprowadzka do Londynu uniemożliwiająca zabranie księgozbiorów i poważnie utrudniająca nabywanie nowych książek wydawanych w Polsce

Od tego czasu przeczytałem i kupiłem kilkadziesiąt ebooków. Stałem się fanem tego urządzenia i bez wątpienia zakupię kolejną jego wersję (szczególnie, że najnowszy Kindle posiada podświetlany ekran). Nie oznacza to, że całkowicie porzuciłem tradycyjną formę czytania. Nadal sięgam po papierowe wydania jeżeli tylko mogę i nie jestem w podróży. Z reguły jest to u moich rodziców w domu lub gdy taką książkę otrzymam w prezencie. I nadal odpoczywanie  w fotelu z książką w ręku, gdy mogę poczuć zapach farby drukarskiej i kurzu, jest jedną z najprzyjemniejszych form relaksu.

O tym jak zmieniło się moje czytelnictwo i jak zakup Kindle wpłynął na czytanie napiszę już jutro. I tak wyszedł mi chyba jeden z dłuższych wpisów na tym blogu, a wcale się na taki nie zanosił.

Dajcie jednak znać, czy wy czytacie e-book’i i jeżeli tak, to czy używacie do tego dedykowanego urządzenia, a może smatphone’a? A jeżeli jesteście tradycjonalistami i nadal uważacie, że nic nie pobije papieru, to piszcie również. Chyba, że piszecie po książkach, zaginacie strony zamiast je zapamiętywać i odkładacie je rozłożone grzbietem do góry.
Wtedy sobie darujcie.

Yesterday marked a year since I betrayed the values which I was taught in my childhood. I wrote before that I grew up in a house where books were with me all the time. All of them: beautiful, colourful albums, hardcovers of Adam Mickiewicz, Bulgakov and other classic writers as well as Clancy and Ludlum paperbacks. They were gates to new, unknown realities. Quite quickly it appeared that my home library was not able to fulfil my reading appetite. I don’t mean that I read all of the books. I just couldn’t find anything interesting anymore. It pushed me to buying my own books rather than relying on my parents choices. It also taught me to look after the books and not destroy them. By respecting them I was respecting the work I put in to earn money for them. I became a book purist. All of my books had to look like new (even after reading). They had to be in a perfect line on the shelf. The only people who have understood this are those who appreciate books to the level that I do (the smell of the ink, the sound of the pages turning). My fascination with reading also had its downside. As a recluse, who preferred to spend most of the school brakes reading, I sentenced myself to be ostracised by schoolmates. I still don’t know how I learnt to socialise so much and cooperate with others.

There is not much more to say about my desire for books. I lived in a perfect world, in which a book was the best gift I could get.
The world I knew ended in December 2011. Shortly before Christmas I learnt how to buy Kindle in Poland. Also during the Christmas holidays I’ve read all articles on wolrd of e-readers (in Polish) which is a mine of knowledge about e-readers, and the Polish e-book publishing world.
The decision was made quickly- On 28th of December I ordered my own Kindle.
It wasn’t easy for me. Buying an e-book reader was the negation of my own idea about reading books traditionally. In the beginning I was telling myself that Kindle will be used only for reading articles I needed for writing my MA dissertation (now I know, that Kindle and PDF are not working great together) instead of printing ridiculous amounts of paper.  I wanted to read books  how they should be read, on the paper.
-         What surprised me was that for the first 5 months it was like that. During this time I caught up with most of the books I gathered so far. In the meantime, I got a few books which were free (or 1$) on amazon.com downloaded on my Kindle. The big switch in my attitude happened in June. And there were three reasons for that:
- I got to make a choice of books to get from my parents as a gift. I picked e-versions.
-         One of the Polish e-book shops collapsed due to server errors, and to pay back their customers they announced that they will give away 10 000 e-books among their clients
-         Moving to London. I wasn’t able to take all my books with me. Also buying books of Polish authors in the UK is difficult.

Since then I have bought and read a lot of e-books. I became a big fan of this device and, with no doubts; I will buy the next version of it (especially that it comes with glowing screen). It didn’t change the way I think about paperbacks and hard covers though. I still read them if I can and I’m not travelling, usually at my parents house or when I get a book as a gift.

I will write about how much my reading habits have changed tomorrow. This text is too long anyway. But let me know if you are reading e-books and, if so, what device are you using? E-reader, smartphone, maybe a laptop or tablet? Also if you are traditionalists let me know as well. I love to hear from you. There is one exception: if you are making notes in the book, folding edges instead remembering pages or you put them open with cover up then don’t bother writing. 

środa, 19 grudnia 2012

Czy warto zmienić podejście?


Leciałem dwa dni temu do Katowic. Ze względów finansowych wybrałem Ryanair’a jako przewoźnika. Dzisiaj pewnie bym już tego nie zrobił, bo wprowadził on od 30.11.11 nową opłatę, która zrównała go w cenach z Wizzair’em, który świadczy znacznie lepsze usługi i pozwala na zabranie większego bagażu rejestrowanego. A właściwie nie wiem, czy bym nie zrobił, bo poniedziałkowy lot mile mnie zaskoczył.

Generalnie wszystkie moje dotychczasowe loty do/z Londynu wyglądały podobnie. W jedną stronę polscy pasażerowie narzekają, że drogo znowu będzie, że ten funt, że królowa, a czasami Beatels’i. W drugą, że smród , kiepskie drogi no i co znowu Donald z Jarkiem odstawiają. A po za tym, to jeszcze Smoleńsk i Rosjanie w tle. I nawet nie macie pojęcia jak bardzo jest to denerwujące. Kominek opublikował niedawno tekst o tym jak Polacy zachowują się w samolocie. No i podpisuję się pod nim obiema rękami i nogami. No bo jak ktoś lecąc o 7 rano zalewa się w trupa (najpierw łojąc browary przed odprawą, bo przecież w podręcznym się nie da przenieść na pokład), to nijak dobrze nie świadczy. Do tego w ciągu kilku minut stania w kolejce do nadania bagaży widziałem 4 osoby wykłócające się z obsługą, że przecież mają jedną sztukę bagażu podręcznego, a ten laptop/torebka/aparat, to się nie liczy. Ludzie! Czy aż tak ciężko zrozumieć słowa „jedna sztuka bagażu podręcznego wliczając w to laptopy, torebki, aparaty i produkty nabyte w bezcłowym”? Do tego komunikat ten jest podawany w kilku językach, więc nie ma bata – zrozumieć trzeba. No najlepszy był facet, który chyba swój monopolowy chciał zaopatrzyć, bo kupił 5 siatek z alkoholem po odprawie i nijak nie miał szans na zmieszczenie tego w, i tak wypchanym do granic możliwości, bagażu podręcznym.






Jednak wczorajszy lot był inny. I nie dlatego, że nagle Ryanair stał się liniami na miarę Emirates. Po ostatnim locie zauważyłem, że przez fakt zwracania uwagi na innych podczas lotu, sam napędzam swoją złość. No bo co obchodzi mnie, że ktoś jest tępym, wiecznie narzekającym idiotą? Dlaczego denerwuje mnie wstawanie na busa o 4:30, jeżeli jest to mój wybór podyktowany lepszą ceną lotu bladym świtem? Jedyne co się nie zmienia, to dyskomfort podczas opłacania wszelkich ekstra kosztów na stronie przewoźnika. Ale na to rady nie ma, jeżeli lata się „tanimi” liniami. Albo podręczny, albo trzeba słono bulić. Nie da się też uniknąć oczekiwania na wejście na pokład po nadaniu bagażu. Można za to nie stać jak taki ciołek przez 55 min. w kolejce przed bramką. Przecież po wprowadzeniu dodatkowych opłat i obowiązku rezerwacji (ach te „tanie linie”) siedzeń przy wyjściach ewakuacyjnych, które mają więcej miejsca na nogi, nie ma znaczenia czy wejdzie się na pokład jako pierwszy, dziesiąty, czy setny. A i tak za każdym razem jestem świadkiem wydarzeń jak podczas amerykańskich wyprzedaży. Aż się zacząłem zastanawiać, czy Polacy jako naród nie mają wrodzonego „syndromu kolejkowego” po dekadach stania po mięso, czy inne buty.

Wczoraj wchodziłem na pokład jako ostatni. Dało mi to dodatkowo prawie godzinę, podczas której mogłem w wygodnie czytać. A po wejściu na pokład okazało się (miałem na to cichą nadzieję), że siedzenia zaraz przy frontowym wejściu są wolne i obsługa samolotu pozwoliła je zająć ot tak, bez żadnych dodatkowych opłat. Oznaczało to, że opuściłem pokład jako pierwszy i ominąłem kolejkę przy odprawie paszportowej, a potem wygodnie mogłem usiąść i czekać na bagaż. Dodatkowo wyłączyłem się z wysłuchiwania narzekań i uwag odnośnie lotu (który był naprawdę przyjemny: mało turbulencji, tylko jedno płaczliwe dziecko i brak zbyt rozochoconych alkoholem rodaków), oraz wspomnianej już kolejki do okienka celnika. Jedyny raz kiedy podniosło mi się ciśnienie, to gdy w kawiarni na lotnisku musiałem wysłuchać pewnego idioty strofującego obsługującą go kelnerkę za nieposprzątany stolik. Zamiast poprosić o zebranie naczyń (lub zebranie tej filiżanki i talerzyka do lady) musiał na głos ją zrugać i poprawić tekstem, „że w Londynie byłoby to nie do pomyślenia”. Jest to oczywiście bzdura, wszędzie jest to do pomyślenia, szczególnie przy dużej ilości klientów. A facet był zwykłym chamem, ot co.  Na moją uwagę, że mógłby być trochę grzeczniejszy nie odpowiedział tylko rzucił „kurwą” albo innym „przerywnikiem” pod nosem i poszedł do swej blond lubej w białych kozakach.

W każdym razie chodzi mi o to w tym wpisie, bo jeszcze tego nie wyartykułowałem, żebyście nie przejmowali się innymi. Żeby uodpornić się na deblizm i chamstwo. Przy czym trzeba tępić to drugie jak tylko jest taka możliwość.

Bądźmy pozytywni. Jeżeli dokonujemy wyboru, to starajmy się nie szukać tłumaczenia „bo musiałem”. Niewiele w życiu musimy. W zasadzie to musimy tylko jedno. Gdy to zrozumiecie życie stanie się dużo łatwiejsze.

niedziela, 2 grudnia 2012

I am (was) a walrus/Byłę morsę




Byłę  morsę

Jak pewnie część z was wie z listopadzie zaangażowałem się w  akcję Movember. Przez ponad miesiąc (powinno być dokładnie 30 dni, ale trochę oszukiwałem) nie goliłem wąsa. Co do reszy paszczy, to przystrzygłem się tylko raz. Generalnie wiedziałem na co się piszę i jak będzie wyglądała moja „broda”, ale i tak nie było łatwo.

Jedynym plusem całej tej akcji jest to, że rzeczywiście mnóstwo osób pytało się mnie dlaczego mam wąsa i czy teraz to już tak na zawsze, bo wygląda to dosyć dupnie. No to im tłumaczyłem, że Movember, że rak prostaty, że profilaktyka itp.

Minusów za to jest od groma:
- w czasie rośnięcia swędzi toto niemiłosiernie
- rośnie nierówno i ma tendencje do skupiania się po bokach (uniemożliwiło mi to podczas wczorejszego golenia zrobienie sobie na chwilę wąsika a’la Adolf)
- wygląda się jak wiecznie zaspany i niezadabny (to wina generalnego nie golenia, a nie tylko wąsa)
- po 3 tygodniach wąs jest na tyle długi, że czuje się go przy jedzeniu i piciu. Nie mam pojęcia jak wąsacze mogą z tym wytrzymać... Toż to niechigieniczne, niefajne i przede wszystkim wkurzające.

Pewnie bym mógł jeszcze kilka wymienić, ale nie o to chodzi. Bo pewnie za rok zrobię to jeszcze raz, tylko tym razem zarejestruję się na stronie gdzie będę mógł zbierać pieniądze (niestety ze względu na brak filii w Polsce, nie mogą one być przeznaczone na wspieranie badań nad męskimi nowotworami w Polsce).  Bo cała ta akcja jest ważna. Bo trzeba edukować i uświadamiać. Do tego podobają mi się wydarzenia, które są organizowane w trakcie tego miesiąca. Sam brałem udział w MoRun i wielce sobie chwalę tą imprezę.

Most of you should know that in November I got involved in the Movember action. For over a month (should have been 30 days, but I was cheating a little bit) I haven’t been shaving my moustache. The rest of my face was trimmed only once. I knew that it wouldn’t be easy from the very beginning but it didn’t make growing the moustache easier.

The biggest pro of the whole action was that it really drew attention. A lot of people, at work and friends, were asking me why I was growing a moustache and is it going to be like that forever. Most of them admitted that it didn’t look good. Well it just gave me an opportunity to explain and talk about Movember, cancer and the importance of prophylactics.
There are many more cons though:
-         Growing a beard is itchy
-         Moustache is not growing equally and tends to grow more on sides (it disallowed me to have a moustache a’la Adolf for a little bit)
-         Made me look like I was permanently not looking after myself and being late in the morning
-         After 3 weeks, the moustache became long enough to start to annoy me. I felt it during drinking and eating and I don’t understand how it is possible to live with a moustache through the life. It’s neither hygienic nor cool.
But fun is not the most important part of it. Definitely next year I will get involved in it again but I will register to raise money this time because education is important. Above all, I like the events going on through the whole month. I took part in the MoRun in London andI think that it was great.





niedziela, 18 listopada 2012

Why it's not how I promised./Dlaczego nie jest jak obiecałem.



Krótko o tym, dlaczego nie jest tak, jak miało być, czyli częściej, a krócej.

Sprawa wygląda tak, że wziąłem się za projekt, który będzie skierowany do większości z was. Na razie za dużo nie zdradzę, powiem tylko, że i o rynek pracy i o studentów i o bezrobocie chodzi. Praca nad nim zajmuje mi większą część wolnego czasu, tak więc z pisaniem krucho było.

Niemniej jednak projekt, to nie wszystko i dzisiaj po obejrzeniu meczu Lech-Legia udałem się na Craven Cottage w celu obejrzenia meczu Fulham-Sunderland. Pech chciał, że zarówno Lech, jak i Fulham się nie popisało i przegrało 1-3.
Niemniej zabawa była dobra, szczególnie, że siedziałem w neutralnej części stadionu zdominowanej jednak przez kibiców Sunderland (głośnych kibiców).

A teraz wracam do projektu żeby uraczyć was czymś specjalnym już niedługo.

Aha! Widziałem, że tekst o klopsach był czytany często i jestem ciekaw, czy ktoś spróbował przepisu? Jak tak, to dajcie znać czy smakowało.


Shortly- why I'm not writing as often as I promised to do.

Simply I have started a project which will involve most of you. I won't say too much now, but it will be about the job market, students and unemployment. Anyway, the project doesn't leave me much free time, so I haven't been writing a lot recently.

However, I did find time to watch some matches today... I watched the match between Lech Poznań and Legia Warszawa and afterwards went to see Fulham vs. Sunderland at Craven Cottage. Unfortunately both, Fulham and Lech lost 1-3. Even though Fulham lost, it still was fun, especially as I was seated in the neutral area which was, surprisingly, dominated by Sunderland fans. 

Now I'm going back to do some more work on the project, so I'll be able to show you the results soon.

And one more thing!
I saw that the klopsy recipe was read a lot and I'm wondering did any of you make them over the weekend? If yes, let me know how it was and did you like it.

poniedziałek, 12 listopada 2012

Bieg z przesłaniem-MoRun/The run with the message-MoRun




Wczoraj w Polsce oprócz marszy, zadym, prowokacji, parad, no i jedzenia rogali świętomarcińskich wystąpiła jeszcze jedna forma celebrowania Dnia Niepodległości. Były do biegi, które odbyły się między innymi w Warszawie i Gdańsku. Z racji tego, że marsze mnie nie interesują, zadym i bójek z policją nie znajduję wartymi marnowania czasu, paradę widziałem dzień wcześniej (i to z daleka), a rogala nie udało mi się dostać, to pomyślałem sobie, że chociaż w biegu pobiegnę. Biegu z okazji odzyskania przez Polskę niepodległości w Londynie oczywiście nie znalazłem, ale odbył się wczoraj bieg związany z Movember, o którym pisałem wyjaśniając dlaczego zapuszczam wąsa. Przygotowując się do ambitnego pobicia 10 kilometrów poniżej w 50 minut uznałem, że Bieg w Battersea Park będzie świetną okazją na sprawdzenie siebie samego w połowie przygotowań. Oczywiście, wybór mój był podyktowany głównie ideii biegu.

Do Battersea Park przyjechaliśmy ok 9.10, co okazało się być zdecydowanie za wczesną godziną. Było zimno i czekanie na ustawianie się na linii startu było uciążliwe. Niemniej na miejscu było mnóstwo osób, które ewidentnie miały świetną zabawę wybierając swój strój. Czekając na godzinę 10 widziałem minimum 3 Hulk’ów, 2 Power Rangers’ów, strażaka, kilku facetów poprzebieranych za kobiety a to tylko mała liczba z tych, którzy się przebrali. Do tego panie startujące w biegu, tzw. MoSistas prawie co do jednej miały sztuczne wąsy okazujące wsparcie dla idei. Jednym słowem było całkiem wesoło. Jedyny minus, to kobieta prowadząca całą imprezę, zwyczajnie nudziła i nie umiała wykrzesać za dużo aktywności z uczestników. Moje dotychczasowe doświadczenia pokazują, że niezwykle ciężko znaleźć takiego wodzireja na imprezie sportowej, któremu by się to udało.

Przyznam, że szedłem na bieg z poczuciem, że nie będzie dobrze. Ewidentnie nie chciałem dać ciała i pobiec turbo wolno, a więc powyżej 30 min. Jednak zarówno Laura, jak i Sue i John, którzy przyjechali ze mną na trasę, bardzo mnie wspierali. John wspomniał nawet coś o tym, że byłoby dobrze zrobić to poniżej 28 min, co, nie ukrywam, wywarło na mnie presję.
Sam bieg odbył się bez problemów, aczkolwiek już po 1km wiedziałem, że przegiąłem z tempem i musiałem zwolnić. Udało mi się uniknąć tłumów poprzez ustawienie się blisko linii startowej, a mijający mnie biegacze tylko motywowali do utrzymania lub podciągnięcia tempa. Pewnie dlatego udało mi się ukończyć bieg z życiowym rekordem na 5 km. Gdy zobaczyłem na zegarku czas 00:25:53, to nie wiedziałem do końca jak to się stało i jednocześnie byłem z siebie cholernie zadowolony.
Po biegu każdy otrzymał pamiątkowy medal, napój oraz kanapkę z MoWozu sponsorowanego przez producenta przepysznego HP Sauce.

Podsumowując sam event był dobrze zorganizowanym, małym (wystartowało ok 600 z 800 osób) biegiem ze świetnym motywem przewodnim wspierającym wartościową inicjatywę. Wynik był przysłowiową wisienką na torcie i utrwalił mnie w przekonaniu, że warto biegać dalej, bo może się uda złamać założony na 10 km. czas. Poniżej kilka zdjęć (ciągle czekam na zdjęcia od organizatora), które udało się zobić Laurze.

Yesterday in Poland, despite the marches, social riots, police and hooligans provocations as well as eating Rogale Świętomarcińskie , there was another form of celebrating Independence Day. Runs of Independence took place in a few cities, including Gdansk and Warsaw. Because of my lack of interest in marches, fights with police and no possibility of getting real St. Martin's Croissant, I decided to celebrate the anniversary of getting independence by taking part in a race. Also it was an opportunity to participate in an event connected with my Mo and Movember movement 

We arrived at Battersea Park around 9:10, which was way too early. It was cold and waiting for the start was not nice at all, although the atmosphere was getting better and better with more people coming. A lot of them dressed up. Waiting for the start I saw 3 Hulks, 2 Power Rangers, a fireman and a few men dressed as women. Obviously all of them had a moustache, fake or real (including a lot of women - MoSistas). It would be better if the host was more entertaining. She was boring and could not communicate with the runners. So far my experience is that it is really hard to find the right person to host a sports event who would interact with participants at a good level.

I have to admit that my feelings about the run were not good. I wanted to give my best and not screw it up, which I thought would be with a time over 30 min. Luckily, I had great supporters in Laura, Sue and John who came to the park with me. Although when John mentioned about making it under 28 min I was petrified. 

The run itself was good, even though I knew after the first kilometre that I was running too fast. By starting close to the front of the race I avoided crowds and was able to improve my time on the second lap. Because of that I managed to finish the race with my personal best - 25min 53 secI have to say that I was as pleased as I was surprised.

After the race everyone got a medal and a drink and bacon sandwich from the Motor Truck sponsored by the producer of HP sauce

Summing up: the event was a well organised, small (600 people run of 800 registered) race with the great idea of supporting Movember. My result was just the icing on the top of it and gave me motivation to carry on my training for finishing 10k in 50 min. 

Photos below were taken by Laura who supported me all the way.











czwartek, 8 listopada 2012

(Nie)Najlepsza kawa na Putney/(Not) The best coffee in Putney



Dzisiaj zupełnie przypadkowo, podczas przygotowań do czegoś, o czym będziecie mogli przeczytać dopiero za jakiś czas, poszedłem na kawę. Niby normalne nie? A jednak nie. Kawa ta miała być jedną z najlepszych na Putney, a okazała się... no właśnie nienajlepsza.

Z zewnątrz kawiarnia prezentuje się świetnie. Jasno i przestronnie. Do tego pachnie kawą już na ulicy. Jednak gdy wchodzi się do środka jest już trochę gorzej.

Pierwsze co zraziło mnie do Artisan cafe, to muzyka, która dosłownie powalała zaraz po wejściu. Nie umiem powiedzieć nawet co puszczali, ale zdecydowanie puszczali to za głośno. W czasie jak piłem swoją kawę dwie kobiety zrezygnowały z wejścia, bo bały się, że im się dzieci w wózkach pobudzą. Wystarczyłoby trochę ją ściszyć i byłoby już zupełnie inne wrażenie.





Generalnie założenie było takie, że pójdę na kawę i nadrobię zaległości czytelnicze, ale niestety i tutaj przyszło mi się zawieść. Brak miejsca jest normalny, ale nie gdy wynika on z tego, że jest brudno na stoliku i nie za bardzo jest gdzie położyć książkę/czytnik. Niemniej wnętrze jest przyjemne. Ciekawie zaaranżowane i przestronne. Jedyne czego mi brakowało, to jakiegoś fotela, no ale rozumiem, że nie takie założenie tej kawiarni aby przyciągać ludzi siedzących całymi dniami. Bardzo spodobały mi się lampy. Prosty pomysł, a całkiem fajnie wygląda. Jeszcze lepsze były stołki przy barze ciągnącym się wzdłuż okna. Proste siedzenie obłożone materiałem pozyskanym z worków po kawie. Ciekawy styl, dodający "smaczku" do miejsca.





















Oszołomiony muzyką, zamówiłem duże late i udałem się do okna, gdyż tylko tam było czysto. Kawę podano mi do stolika (okazała się taka.. no średniej raczej wielkości) i mimo, że zamawiałem na wynos, to dostałem w papierowym kubku. Wiem, że czasami kubków brakuje, w Starbucks'ie zdarza się to namiętnie (Niemniej w sieciowych kawiarniach nigdy nie biorę szklanych kubków, gdyż standardy ich mycia nie należą do najwyższych, więc mnie to tak nie drażni), jednak gdy płacę za kawę 2,5 funta i gdy ją dostaję, to okazuje się wcale nie taka duża, a do tego w papierowym kubku, to niestety miejsce traci u mnie punkty.
Kluczowy jednak dla kawiarni miał być unikalny smak podawanej przez nie kawy. Nastawiłem się na pyszną latte, z lekko spienionym mlekiem na samej górze mleczno-kawowego napoju. A tutaj... Piana na 1/3 kubka i kawa, która jest i owszem lepsza od tej w Starbucks'ie, ale już z Costą przegrywa.



 Kawa zaczęła się dopiero w tym miejscu... Wcześniej była tylko piana...

Reasumując. Zawiodłem się. Lubię kawę i uwielbiam się relaksować z książką i kawą w ręku. Pijąc kawę "na mieście" oczekuję, że będzie naprawdę dobra. Szczególnie gdy jest to marka,która wyrobiła sobie całkiem silną pozycję wśród klientów.

Nie wiem czy dam temu miejscu jeszcze jedną szansę, podobno mają dobre jedzenie. Ale kawę też mieli mieć dobrą.

Byłoby super gdyby okazało się, że ten jeden raz był tylko wypadkiem przy pracy. W końcu mam blisko i chętnie bym się czasem wybrał w inne miejsce niż te, które zwykłem odwiedzać. Tymczasem poprzestanę na taniej (bo zniżka) kawie w Starbucks'ie, albo przy Coscie.
-------------------------------------------------------------------------------------------




Today I went for coffee. Sound boring? It would be if it wasn’t meant to be one of the best coffee shops in Putney, which turned out to be… not the best.

From outside the café has great presentation; bright and spacious. In addition to this, you can already smell coffee in the street. However, the good impression fades once you enter.

The first thing which put me off the place was the music, which was way too loud and was overwhelming. During my short stay there, two women with babies decided against entering the shop in case the music would wake them up. Turning down the music would make a huge difference and it’s not a big deal is it?

The idea was to get a coffee and catch up with the books I bought months ago. Unfortunately the place disappointed me with that as well. A lack of sitting space is normal, especially during rush hours, however not being able to find a space because of dirty mugs and plates can’t be explained by that. However, the store décor is nice; they have kept it minimalistic, which I prefer.

The stools, covered in the fabric from used coffee beans bags, gave the place character and although a simple idea, looked impressive.

A little bit lightheaded from the music, I ordered a large latte and went to have a seat by the window table, as it was the only place which was tidy. The coffee was served to the table (which is nice and I would not expect it) but… it was not large at all. I’m probably spoilt by the coffee sizes in chains but £2.50 was a bit too much to pay. That and serving it in a paper cup instead of a china mug (although I prefer paper cups in coffee shop chains as their cleaning standards are very low) made me wonder what made people like this place.

The answer I found on the internet was the unique taste of coffee. However, when I got coffee it appeared to be filled with coffee only in 2/3 and the rest was just froth. And even the taste of the coffee, better than in Starbuck’s, was worse than in Costa.

Summing up, I was disappointed. I like coffee and I love to relax with a coffee and a book. When I’m going to have a coffee out of my home I expect it to be really good. Especially when it’s a café which has won awards and its coffee was recommended on various websites. On this particular occasion, Artisan failed in terms of drinks and tidiness. I liked the design of the place though.


I don’t know if I will give another chance to this place. It would be great if this was a one-off bad experience, as it would be nice to have a less commercial place to go near the place I live. Unfortunately this experience will keep me in places like Starbucks (only as I have a discount) and Costa (because of their coffee).





środa, 24 października 2012

Why I'm growing moustache? / Po co zapuszczam wąsy?


Co roku w Polsce na raka prostaty umiera ok 4 tysięcy mężczyzn. W UK w 2010 roku liczba ta przekroczyła 10 tysięcy. Zaraz po raku płuc jest to najpopularniejszy nowotwór w Wielkiej Brytanii u mężczyzn. Niestety liczby te od wielu lat pozostają na podobnym poziomie, pomimo tego, że medycyna się rozwija.


Wynika to w dużej mierze z braku odpowiedniego programu budowy świadomości o tym jak ważne są badania profilaktyczne. Wielu facetów uważa, że pójście do lekarza, żeby sprawdzić czy wszystko gra jest mega niemęskie i budzą się dopiero gdy im kuśka nie staje albo zaczynają sikać "na raty". Problem w tym, że wtedy już jest za późno.

Na szczęście w Polskiej TV pokazały się ostatnio całkiem dobre reklamy:










Ostatnia jest z UK i pokazuję kluczowe fakty.


Dwa dni temu brałem udział w rozmowie, która odbyła się poprzez Tweeter'a, a która dotyczyła opublikowanych statystyk, mówiących, że w Polsce dziennie na raka szyjki macicy umiera 5 kobiet, a w Szwecji w ciągu całego roku 150. Tam też konkluzja była taka, że mimo powstawania programów profilaktycznych (darmowe badania, "białe niedziele"), to stosunkowo niewiele kobiet z nich korzysta. Jest to wynikiem, nie tylko braku odpowiedniego programu edukacyjnego, skierowanego nie tylko do ludzi młodych i zamieszkujących duże miasta, ale też pewnego specyficznego podejścia. Otóż wielokrotnie spotykałem się z opinią, że "nie pójdę się zbadać, bo jeszcze coś znajdą" oraz "no przecież nie będę pokazywać się jakiemuś lekarzowi". Od razu wyjaśnię, że stwierdzenia te padały zarówno z ust kobiet, jak i mężczyzn. Z reguły u facetów padało stwierdzenie, że przecież "TO" da się badać tylko "od dupy strony", a na to się w życiu nie zgodzą. Niestety, w takim wypadku tego życia może im zbyt wiele nie zostać.

Również dwa dni temu zacząłem zastanawiać się nad zapisaniem się na jakiś bieg, który mógłby mi zastąpić biegi odbywające się w Polsce z okazji Dnia Niepodległości. Niestety nie znalazłem żadnej "dychy", ale jednym z biegów odbywających się 11.11 jest Mo Run, który ma za zadanie wspierać fundację Movember. Czym zajmuje się fundacja zostało wyjaśnione w dwóch poniższych filmikach.





Będąc na świeżo z kwestią budowania świadomości na temat profilaktyki i walki z rakiem. Nie zastanawiałem się długo nad rejestracją w tym biegu. Spodobał mi się pomysł na szerzenie informacji o raku prostaty poprzez zapuszczanie wąsa. Szczególnie, że odkąd wróciłem z Polski nie było mi po drodze do pianki i maszynki, czego skutkiem jest gimnazjalny "wąs" oraz pseudo bródka. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że oszukuję i daję sobie dodatkowe dwa tygodnie na zapuszczenie wąsa, ale tłumaczę to faktem słabego zarostu, a jednocześnie pozwoli mi to na promowanie profilaktyki antyrakowej o te 14 dni więcej.


Żeby nie było za łatwo (czyli żeby nie zrezygnował z przygotowań) znalazłem sobie plan treningowy, którego mam zamiar się trzymać przez najbliższe 25 dni. Możecie go znaleźć tutaj (link), albo zwyczajnie kliknąć na zdjęcie poniżej.





W Polsce organizacja Movember nie ma swojej filii, ale i bez tego możecie mieć wpływ na to, czy ktoś z waszych rodzin, przyjaciół czy też znajomych nie stanie się kolejnym numerem w statystykach umieralności na raka. Zwyczajnie, kupcie browara dla siebie i ojca i spytaj go, kiedy ostatni raz (czy w ogóle) badał się na okoliczności. Jeżeli reprezentujecie "płeć piękną" i nie w smak wam gadanie na ten temat ze swoim papą, to kupcie wino i spytajcie się mamy, czy robiła badania. Generalnie rozmawiajcie, pytajcie i nie róbcie z tego tematu tabu.

A jeżeli najdzie was ochota, to zapuśćcie wąsa (lub zachęćcie do tego waszego tatę, partnera lub brata), tylko nie zapomnijcie im wyjaśnić czemu ma to służyć. Bo wiele osób zada pytanie: "Odbiło ci? Ogol się człowieku!", a stąd już prosta droga do mówienia o tym, o czym zazwyczaj się nie mówi - o raku.

A i byłbym zapomniał!




piątek, 19 października 2012

Co za gówniane miasto


     Kocham to miasto. Bezapelacyjnie. Kejtry* też lubię, mimo że nie mam swojego. Ale nienawidzę zdrapywania psiego gówna z podszew* moich butów.
I cała wspaniałość Poznania, jego historia, wspomnienia jakie mam związane z tym miastem nie są wstanie zrekompensować tego wszechobecnego smrodu. Wyjątkiem jest zima. Wtedy wszystko skrywa śnieg
i niczego nie widać. Za to wiosną... Kto wiosennych roztopów na polskich osiedlach nie uświadczył, ten nie wie
o czym mówię... Gówna wszędzie, jedno na drugim. Na trawie, chodniku, a nawet schodach co to śniegiem przysypane były.






     Wyobraź sobie sytuację: Raźnie, w rytm muzyki z twojego wylansowanego iPhona idziesz przez centrum miasta. Nie ważne, czy jest to Poznań, Kraków, czy Warszawa. Ptaszki ćwierkają, słoneczko świeci, może nawet twoja Luba/Luby kroczy obok ciebie. Po prostu "ideolo". Jest tak super, że nie zauważasz pozostawionego na środku chodnika psiego gówna, w które ładujesz swego laczka. I cała sielankowa atmosfera dopływa w niebyt wraz z "kurwą" co się z twoich ust wymknęła (nie bacząc na obecność Lubej/Lubego).

     Ciężko sobie wyobrazić? Jeżeli tak, to znaczy, że mieszkasz na ogrodzonym osiedlu, z panem Krzysiem co to zajmuje się konserwacją powierzchni płaskich i sprząta psie kupy sprzed twoich nóg. W takim wypadku odpuść sobie dalsze czytanie, bo żyjesz
w innym świecie i nie będzie Ciebie to interesowało. Ewentualnie skocz na koniec
i dowiedz się nowinek o tym jak zareagowała firma Nike 
aferę z Armstrongiem w tle.

Mi przynajmniej raz na kilka tygodni udawało się wpaść na taką minę, a to po drodze do samochodu, a to podczas wyjścia na imprezę, tudzież po piwo do sklepu. Jednak odkąd pierwszy raz przyjechałem do Londynu zaczęło mnie zastanawiać jak to się dzieje, że intensywność czyszczenia butów z psich nieczystości spadła do zera? 


     Odpowiedź jest prosta, ale aby się sformułowała musiałem znowu wdepnąć w kupę poznańskiego kundla. 

Otóż wyjściem z sytuacji są kary dla właścicieli psów, którzy po swoich pupilach nie sprzątają.

Masz psa? To weź do cholery noś ze sobą folióweczkę i tę kupę w nią zbieraj, a potem do śmietników wyrzucaj! A jak nie chcesz mieść zbyt bliskiego kontaktu na linii gówno-ręka, to zakup specjalną łopatkę do sprzątania po swoim zwierzaku. A jeżeli nie chcesz sprzątać, to płać, żeby ktoś inny za Ciebie to zrobił. Grzywna w wysokości 50zł powinna być wystarczająca. Zapłacisz raz, drugi i może uznasz, że sprzątanie psiego łajna nie godzi w twoje ego aż tak bardzo. A nawet jak godzi, to jest to mniej warte niż te pięć dych.

     Zastanowiło mnie dlaczego musiałem wrócić do Poznania na jakiś czas by to zauważyć. Ano, zwyczajnie na moim osiedlu pies rezyduje w co trzecim mieszkaniu (tak na oko). Ergo, każdego dnia widziałem kilka/kilkanaście osób wyprowadzających swoje czworonogi na spacer (wielki spacer: zabierali kejtra na zielony skwerek pod blokiem aby trzasnąć kupę wśród setek innych kup). O co mi chodzi? Chodzi mi o to, że u żadnej z tych osób nie widziałem siateczki coby te psie odchody pozbierać. Generalnie system "pies sra, ja patrzę w drugą stronę" sprawdza się w takiej sytuacji znakomicie. 
Tutaj (w Londynie) z kolei osób nie sprzątających po swoim psie widziałem dwie. 
Co więcej, obie dostały mandat i i tak musiały tę psią kupę posprzątać. 
Stąd też moje przemyślenia dzisiejsze.


     Zastanawia mnie, dlaczego u nas nie można tak zrobić? Albo inaczej, nie można, czy też wszyscy mają to zwyczajnie w dupie do momentu gdy sami w coś wdepną? I proszę mi nie mówić, że nie ma koszy na psie odchody, albo że straż miejska, to lepiej niech blokady zakłada, a nie staruszek z psami pilnuje. Właśnie, bo zapomniałem powiedzieć, że wiek nie gra roli i jak jest się wystarczająco sprawnym by mieć psa, to trza po nim sprzątać.

Chętnie poczytam jakie masz przemyślenia na ten temat. A może wdepnąłeś ostatnio 
w jakieś wyjątkowo niefajne psie odchody? Daj znać, ponarzekamy razem.

P.S.
Ostatnio pisałem o aferze z dopingiem w tle, a ściśle związaną z Armstrongiem. Otóż pragnę donieść, że firma Nike rozwiązała umowę reklamową z tymże, a sam oskarżony zrzekł się prezesury w fundacji LiveStrong. 

Jeszcze karę powinni nałożyć i może kolaże zrozumieją, że jak będą brali, to stracą kasę nie tylko z zawodów, ale też od sponsorów. Do tego ban dla całych zespołów na 5 lat na start w zawodach i jest szansa, że zadziała.

Słowniczek:
Kejter – pies
Podszew – liczba mnoga od podeszwa. Forma poprawna wg prof. Bralczyk i Słownika Języka Polskiego PWN