Pokazywanie postów oznaczonych etykietą support. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą support. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 listopada 2012

Bieg z przesłaniem-MoRun/The run with the message-MoRun




Wczoraj w Polsce oprócz marszy, zadym, prowokacji, parad, no i jedzenia rogali świętomarcińskich wystąpiła jeszcze jedna forma celebrowania Dnia Niepodległości. Były do biegi, które odbyły się między innymi w Warszawie i Gdańsku. Z racji tego, że marsze mnie nie interesują, zadym i bójek z policją nie znajduję wartymi marnowania czasu, paradę widziałem dzień wcześniej (i to z daleka), a rogala nie udało mi się dostać, to pomyślałem sobie, że chociaż w biegu pobiegnę. Biegu z okazji odzyskania przez Polskę niepodległości w Londynie oczywiście nie znalazłem, ale odbył się wczoraj bieg związany z Movember, o którym pisałem wyjaśniając dlaczego zapuszczam wąsa. Przygotowując się do ambitnego pobicia 10 kilometrów poniżej w 50 minut uznałem, że Bieg w Battersea Park będzie świetną okazją na sprawdzenie siebie samego w połowie przygotowań. Oczywiście, wybór mój był podyktowany głównie ideii biegu.

Do Battersea Park przyjechaliśmy ok 9.10, co okazało się być zdecydowanie za wczesną godziną. Było zimno i czekanie na ustawianie się na linii startu było uciążliwe. Niemniej na miejscu było mnóstwo osób, które ewidentnie miały świetną zabawę wybierając swój strój. Czekając na godzinę 10 widziałem minimum 3 Hulk’ów, 2 Power Rangers’ów, strażaka, kilku facetów poprzebieranych za kobiety a to tylko mała liczba z tych, którzy się przebrali. Do tego panie startujące w biegu, tzw. MoSistas prawie co do jednej miały sztuczne wąsy okazujące wsparcie dla idei. Jednym słowem było całkiem wesoło. Jedyny minus, to kobieta prowadząca całą imprezę, zwyczajnie nudziła i nie umiała wykrzesać za dużo aktywności z uczestników. Moje dotychczasowe doświadczenia pokazują, że niezwykle ciężko znaleźć takiego wodzireja na imprezie sportowej, któremu by się to udało.

Przyznam, że szedłem na bieg z poczuciem, że nie będzie dobrze. Ewidentnie nie chciałem dać ciała i pobiec turbo wolno, a więc powyżej 30 min. Jednak zarówno Laura, jak i Sue i John, którzy przyjechali ze mną na trasę, bardzo mnie wspierali. John wspomniał nawet coś o tym, że byłoby dobrze zrobić to poniżej 28 min, co, nie ukrywam, wywarło na mnie presję.
Sam bieg odbył się bez problemów, aczkolwiek już po 1km wiedziałem, że przegiąłem z tempem i musiałem zwolnić. Udało mi się uniknąć tłumów poprzez ustawienie się blisko linii startowej, a mijający mnie biegacze tylko motywowali do utrzymania lub podciągnięcia tempa. Pewnie dlatego udało mi się ukończyć bieg z życiowym rekordem na 5 km. Gdy zobaczyłem na zegarku czas 00:25:53, to nie wiedziałem do końca jak to się stało i jednocześnie byłem z siebie cholernie zadowolony.
Po biegu każdy otrzymał pamiątkowy medal, napój oraz kanapkę z MoWozu sponsorowanego przez producenta przepysznego HP Sauce.

Podsumowując sam event był dobrze zorganizowanym, małym (wystartowało ok 600 z 800 osób) biegiem ze świetnym motywem przewodnim wspierającym wartościową inicjatywę. Wynik był przysłowiową wisienką na torcie i utrwalił mnie w przekonaniu, że warto biegać dalej, bo może się uda złamać założony na 10 km. czas. Poniżej kilka zdjęć (ciągle czekam na zdjęcia od organizatora), które udało się zobić Laurze.

Yesterday in Poland, despite the marches, social riots, police and hooligans provocations as well as eating Rogale Świętomarcińskie , there was another form of celebrating Independence Day. Runs of Independence took place in a few cities, including Gdansk and Warsaw. Because of my lack of interest in marches, fights with police and no possibility of getting real St. Martin's Croissant, I decided to celebrate the anniversary of getting independence by taking part in a race. Also it was an opportunity to participate in an event connected with my Mo and Movember movement 

We arrived at Battersea Park around 9:10, which was way too early. It was cold and waiting for the start was not nice at all, although the atmosphere was getting better and better with more people coming. A lot of them dressed up. Waiting for the start I saw 3 Hulks, 2 Power Rangers, a fireman and a few men dressed as women. Obviously all of them had a moustache, fake or real (including a lot of women - MoSistas). It would be better if the host was more entertaining. She was boring and could not communicate with the runners. So far my experience is that it is really hard to find the right person to host a sports event who would interact with participants at a good level.

I have to admit that my feelings about the run were not good. I wanted to give my best and not screw it up, which I thought would be with a time over 30 min. Luckily, I had great supporters in Laura, Sue and John who came to the park with me. Although when John mentioned about making it under 28 min I was petrified. 

The run itself was good, even though I knew after the first kilometre that I was running too fast. By starting close to the front of the race I avoided crowds and was able to improve my time on the second lap. Because of that I managed to finish the race with my personal best - 25min 53 sec. I have to say that I was as pleased as I was surprised.

After the race everyone got a medal and a drink and bacon sandwich from the Motor Truck sponsored by the producer of HP sauce. 

Summing up: the event was a well organised, small (600 people run of 800 registered) race with the great idea of supporting Movember. My result was just the icing on the top of it and gave me motivation to carry on my training for finishing 10k in 50 min. 

Photos below were taken by Laura who supported me all the way.











poniedziałek, 29 października 2012

People are nice. Sometimes / Ludzie są mili. Czasami

"Często się zdarza, że dopiero przyszłość pokazuje nam, ile coś było warte."
Kafka nad morzem -Haruki Murakami
Dopadł mnie w okolicach Hammersmith Bridge. Nie wiem kim był i jak ma na imię. A szkoda, bo chętnie bym się z nim skontaktował i podziękował za to co zrobił.

Czasami miewam takie dni, kiedy czuję, że nie powinno wychodzić się z domu. Są dni kiedy patrzę za okno i wiem, że nadchodzący trening nie będzie fajny. Wczoraj właśnie tak było.

Od rana czułem się"rozbity". W drodze do pracy już wiedziałem, że zimno przygna klientów i nie będzie to jedna z tych "leniwych niedziel". Jednocześnie miałem nadzieję, że pogoda się poprawi i podczas wpisanego w mój plan treningowy biegania nie będzie tak wiało. 

Te kilka godzin w firmie było takie jak się spodziewałem, dużo klientów i milion pytań o świąteczną promocję. Ale nie było tragedii, nawet chwilę wcześniej udało się wyrwać. Niemniej potrzebowałem odreagować, więc zaraz po powrocie wskoczyłem w lycrę i termoaktywną koszulkę i poszedłem zrealizować założenia sportowe mające pomóc mi jak najlepiej wystartować w biegu. 
W okolicach 5 kilometra zaczęło się biec źle. Tak się złożyło, że było to na wysokości Hammersmith, tak więc skorzystałem okazji do przebiegnięcia na drugą stronę rzeki. 

I właśnie wtedy mnie doszedł. 


Wyglądał niepozornie. Niski, w pomarańczowej czapce z daszkiem i takiej też koszulce. Tyle udało mi się zapamiętać. Biegł w tym samym kierunku co ja, więc kulturalnie zrobiłem mu miejsce, żeby mógł mnie minąć. W końcu biegam na tyle szybko, że nie powinien mieć z tym problemu, szczególnie w momencie gdy nogi wydają się jak z ołowiu i odzywa się skurcz w lewej łydce. 

Przyczepił się! Przyczepił się i nie chce odpuścić. Na złość chyba, żeby mi dokuczać i pokazać, że on, starszy o dobre 25 lat, może biec szybciej niż ja. A jak jeszcze powiedział coś o tym, że widzi jak się borykam, to szlag jasny mnie trafił. Zwyczajnie przyśpieszyłem, pomyślałem, że może nie da rady. Niestety 5 minut później nadal biegliśmy ramię w ramię, z tą różnicą, że zaczęliśmy rozmawiać. O niczym szczególnym. Ot, czy biegniemy w jakimś biegu w najbliższym czasie, jakimi trasami biegamy w okolicy i że niewybetonowane ścieżki są super. Szczególnie te w Richmond Park. Ani się obejrzeliśmy, a on odbijał w Putney High Street, a ja biegłem dalej do siebie. I o dziwo biegliśmy szybko, a na końcu to on mi podziękował za podholowanie go na trasie. 

Dopiero w domu uświadomiłem sobie ważną rzecz. Mianowicie, gdyby nie on, to zwyczajnie bym się nie zmobilizował, nie zagryzł zębów i pobiegł tak, by wypełnić zmieścić się w narzuconych przez trening normach czasowych. Jest to o tyle ważne, że przecież nie musiał tego zrobić. Widząc jak bardzo się wlokę, mógł mnie zwyczajnie ominąć i biec dalej. A jednak dostosował swój bieg do mnie i bez słów zaoferował pomoc. Pomoc w postaci towarzystwa i wsparcia, którego czasem na trasie brakuje. Gdy dodam do tego fakt, że w trakcie rozmowy przyznał się do tego, że woli biegać samemu, to już w ogóle tak jakoś fajniej się robi na myśl, że rzeczywiście, chciał pomóc. 

I właśnie za to bym mu podziękował gdybym miał do niego namiary. Bo nagle okazało się, że wśród całej tej szarości. Biegaczy, przechodniów i rowerzystów skupionych wyłącznie na sobie znalazła się osoba zwyczajnie miła.

Dlatego czasami, jeżeli nie robicie życiówki, lub nie biegacie interwałów zastanówcie się, czy osoba, którą macie wyprzedzać nie jest na granicy kryzysu. Może warto przez kilka minut pobiec razem i wymienić 2-3 zdania? Albo po prostu biec obok siebie. Bo cisza czasem też jest fajna.