niedziela, 7 października 2012

Najlepsze Fish & Chips w Londynie

Dzisiaj krótko, acz smacznie. Na rybę poszedłem. A raczej zostałem zabrany. W sensie całą czwórką poszliśmy no. A ryba była nie byle jaka, a najlepsza jaką zdażyło mi się jeść w takiej postaci.

Nie wiem czy komuś trzeba tłumaczyć czym jest słynne angielskie "fish&chips". Gdyby ktoś nie wiedział, to taka ryba w panierce plus frytki, tylko lepsze.


Nie był to pierwszy raz kiedy jadłem rybę od "Fisher's" na Fulham, ale do tej pory zawsze braliśmy ją na wynos (jednak wtedy frytki stają się miękkie i tracą na chrupkości). Porcję w tej mini restauracji (wiele powiedziane, 5 stolików na krzyż, ale mogłoby ich w ogóle nie być, a i tak bym tam jadał rybę) są wielkie. Nie dość, że dostaje się furę świeżutko pociętych i smażonych frytek (i to nie jakiś tam cienkich, amerykańskich) i, tak na oko, ok 800 gramów ryby w pysznej, nie ociekającej tłuszczem, panierce. Tej panierki to też pewnie z pół kilo dali. No w każdym razie porcja dla dwóch osób, ale i tak podołałem, bo za dobre było. 

Pytać by można czemu takie peany nad zwykłą rybą układam, ale kto nie spróbuje ten, nie będzie wiedział. Jeżeli ktoś z was wpadnie w okolice Fulham/Putney, to koniecznie trza się wybrać. za 4 porcje j/w + butelka wina i piwo oraz dwa mashy peas wyszło ok 60 funtów, tak więc jak na rybę nienajtaniej, ale i tak warto.
Jeżeli nie masz czasu łapać samolotu do UK, albo busa/metra w okolice Fulham High Street to podążąj kilkoma zasadami przy wyborze rybodajni.
1) jeżeli obok miejsca gdzie serwują Fish&Chips znajduje się jakaś azjatycka garkuchnia, albo kebabownia, to nawet tam nie wchodź. Z reguły kuchnia jest jedna, tylko dwa wejścia są. Nie chcesz chyba jeść ryby po tajsku?
2) jeżeli oprócz fish&chips serwują tam kurczaka, to także sobie odpuść. Smażenie kurczaka a'la KFC nijak się ma do robienia pysznej, chrupiącej i lekkiej panierki do ryby i jeszcze nie trafiłem na dobre jedzenie w takim miejscu.
3) ja unikam miejsc obok salonów fryzjerskich. Bez powodu, tak już mam
4) szukaj miejsc z dużą kolejką, to dobra zasada i działa przy większości knajp, nie tylko tych rybnych


No to, tyle o rybie idę na shishę. W niedzielę ok 20 wrzucę o zakupach w Londynie, a uwierzcie mi. Jest o czym pisać.

Poniżej zdjęcie ryby (nie moje bom aparatu zapomniał, tylko wygooglane).


środa, 3 października 2012

Kto rano wstaje, temu....


„Kto rano wstaje, temu pan Bóg daje” – przysłowie polskie

Photo from https://www.facebook.com/MFMSingapore
Tylko, że ja nie o Bogu dzisiaj, tylko o tym, że poranne wstawanie jest dobre i może pomóc w życiu. I że to nie od Boga, tylko od nas samych zależy. No bo Bóg co miał dać, to już dał (albo da po śmierci), a w życiu jak samemu sobie czegoś nie wezmę, to tego nie będę miał.
To tyle słowem wstępu.

Nie wiem kiedy i jak wyrobiłem sobie mniemanie, że najlepiej pracuje mi się w wieczorem, a najlepiej w nocy. Wydawało mi się, że tak jest najwygodniej, w końcu nikt nie chodzi po domu, nie dzwoni telefon, nawet mniejsza ilość przychodzących maili i powiadomień na Facebook’u sprzyja skupieniu na zadaniu. Po za tym, przecież nie można było brać się do pracy zaraz po uczelni, lub powrocie z pracy właśnie. W ten sposób powstał system , według  którego podążałem przez całe liceum i cztery z pięciu lat studiów. Z grubsza polegał ona odkładanie pracy na koniec dnia, faworyzował przyjemności i powodował mnóstwo stresu. Byłoby nieprawdą, gdybym nie napisał, że pozwolił mi też sporo imprezować i cieszyć się ogólnie rozumianym życiem, a już w szczególności tym "studenckim". Jednocześnie zapewniał mi ok czterech do pięciu godzin snu dziennie i fałszywe poczucie kontroli nad swoimi działaniami. Gdyby tylko wtedy to tak postrzegał.

Czas na zweryfikowanie swojej pracy nadszedł na ostatnim roku studiów, kiedy oprócz zajęć (które odbywały się tylko dwa dni w tygodniu) podjąłem pracę biurową, oraz zapisałem się na cykl szkoleń z zakresu kompetencji społecznych oraz umiejętności liderskich. Jednocześnie po raz pierwszy wyprowadziłem się od rodziców i zamieszkałem z L.
Wtedy jeszcze cały czas myślałem, że system z wykonywaniem większości pracy w nocy sprawdzi się w nowej rzeczywistości.

No nie sprawdził się.

O ile na zajęciach można było jeszcze być na wpół śpiącym (albo i śpiącym) i odrobić jakoś stracone godziny, to w pracy było to już nie do pomyślenia, podobnie na szkoleniach. Równocześnie zauważyłem, że nie jestem w stanie już skupić się na danym zadaniu o tak późnej porze jak kiedyś.  Zwyczajnie między północą i pierwszą w nocy zasypiałem przy biurku w połowie pisanego zdania.
Mimo wszystko ciągle jeszcze starałem się znaleźć czas na pisanie pracy magisterskiej/zaliczeniowej i tworzenie prezentacji w Power Poincie pod wieczór, po moim powrocie do domu (jako że L. dawała wtedy lekcje angielskiego w naszej kawalerce, to nie miałem możliwości powrotu do domu przed godziną 7 wieczorem, a czasami później). Jednak termin oddawania kolejnych prac, projektów się zbliżał, a ja nadal byłem w czarnej…
                Właśnie w tym czasie zacząłem wykorzystywać czas pomiędzy uczelnią/pracą, a powrotem do domu. Zaprzyjaźniłem się z uczelnianą biblioteką, a raczej czytelnią i to tam zaszywałem się aby pisać pracę magisterską. Nadal jednak pierwszą rzeczą jaką tam robiłem było sprawdzenie portali społecznościowych i maila, a wszystkie bieżące sprawy załatwiałem po powrocie do domu. Mimo wszystko, przynajmniej coś ruszyłem i zacząłem pisać pracę magisterską. Prawdopodobnie tylko dzięki temu udało mi się ją oddać na czas i obronić przed absolutorium.
                Mój system dnia zmienił się całkowicie dopiero po przyjeździe do Londynu i kolejnych przeczytanych książkach (o których wspomniałem w tym poście). I ciągle jeszcze nie jest on doskonały (co w dużej mierze zrzucam na karb nieusystematyzowanej pracy w trybie zmianowym), ale powoli pozwala mi wypełniać założone na dany dzień zadania w planowanym czasie.
Zdaję sobie sprawę, że gdyby ktoś powiedział mi jeszcze kilka miesięcy temu, a na pewno w zeszłym roku to, co zaraz napiszę, to oceniłbym to jako neoficki fanatyzm i niepoprawną paplaninę. Mam nadzieję jednak, że osoba ta nie zraziłaby się tak jak nie zraziłem się ja i systematycznie wprowadzała zmiany, które jej zdaniem zmienią życie na lepsze.

No bo jak ktoś z Was oceni to, że od dwóch miesięcy wstaję o 6 rano bez względu na to, czy mam tego dnia pracę na rano, czy na wieczór? Większość osób, gdy im to mówię, patrzy na mnie z wyrazem twarzy mówiącym „nieźle go w tym Londynie posrało”. Tylko, że mnie to kompletnie nie obchodzi. A osoby, które nie chcą się dowiedzieć o ile lepiej smakuje herbata pita bez pośpiechu i starań o to by nie sparzyć sobie ust, niech wstają na ostatnią chwilę. Jeżeli ktoś nie pija herbaty, to kawa również smakuje lepiej – sprawdziłem. W każdym razie wstaję o tej 6 (przez pierwsze dwa tygodnie była to 5:30, ale było to jednak za wcześnie) i poświęcam 30 minut na ciągle jeszcze dopracowywany poranny cykl czynności, stających się powoli moim rytuałem. O sile zwyczajów pewnie jeszcze napiszę, teraz powinno wystarczyć, że wykonywanie co rano sekwencji znanych mi czynności zakończonych 15 minutową medytacją pozwala mi zacząć dzień w odpowiednim tempie oraz zapewnić sobie jeszcze te dodatkowe 30 minut spokoju o poranku.
Wyjątek od tego zwyczaju stanowią dni, gdy zaczynam swoją pracę o 5.30. Wtedy wstaję o 4.

No i znowu najczęściej słyszanym pytaniem jest „na kiego wuja wstajesz bladym świtem?”. A na to odpowiedź jest prosta akurat. Abstrahując od tego, że nie trawię się śpieszyć z rana, to odkryłem, że rano bardzo dobrze się wykonuje jedno z zadań, które sobie wyznaczam na dany dzień. Nie ważne, czy będzie to pisanie tego posta, przebiegnięcie pięciu kilometrów, czy aplikowanie na minimum 3 stanowiska. Ważne aby zrobić to jeszcze zanim odpali się maila, Facebook’a i inne zjadacze czasu. Z reguły o tej porze nikt też nie dzwoni i nie przeszkadza, więc można spokojnie wyłączyć telefon i oddać się zamierzonej pracy.

Nie wiem czy u innych osób, które spróbują wcześniejszego wstawania, system ten da taki sam efekt. Mi poprawia on samopoczucie, startując w dzień z jednym „odhaczonym” zadaniem czuję się lepszy. A gdy uda mi się zrobić ich dwa, to już w ogóle jest bajka. Jednocześnie świadomość, że gdy ja już jestem po pokonaniu jednego z „kamieni milowych” danego dnia w momencie, gdy reszta otaczającego mnie świata dopiero się budzi jest budująca i pozwala marzyć i planować aby w przyszłości kończyć wyznaczone zadania do godziny 14 danego dnia i móc cieszyć się życiem, a nie spędzić je zaprzężonym w kierat praca-dom-sen.

P.S.
W tym, że poranne wstawanie jest ok musi być coś prawdy, jeżeli w większości języków jest przysłowie wychwalające wczesne pobudki. Sprawdźcie tutaj.

wtorek, 2 października 2012

Liberalisation 2.0 - to easy to get away with


Unrestricted freedom becomes conceptually impossible. (...) It’s a radical liberal utopia that turns against itself.

Author: Leszek Kołakowski
                22nd of June 2011: In front of the Norwegian Prime Minister, Jens Stoltenberg, a bomb placed in a cargo van exploded. Eight people died in the attack. Fifteen were injured.
The same day at the AUF’s (Workers’ Youth League) summer camp, a man wearing a police uniform opened fire upon a group of youth. In one and a half hours he killed 69 people and injured 155, of which 110 critically. The average age of his victims was 19 years. The oldest was 51 years old, and the youngest –14.  The shooter surrendered to the anti-terrorist forces without resistance. His name is Andreas Behring Breivik. He is 32 years old. He admitted to both attacks.
                The world is in shock. Norway, one of the safest countries in the world (GPI 2010 – 5th place, 2011 – 9th, 2012 – 18th) faced one of the biggest mass murders in Norway’s history. The Media flooded society with letters, political statements and Breivik’s diaries. For almost two weeks, the Norwegian killer’s face was ubiquitous. And then the story slowly faded… the attention of the public turned to the riots in London and the ongoing Arab Spring.
                Breivik returned to the public eye in April 2012, when his trial began. He was recognised as sane and not regretful of his acts. On the 24th of August he was sentenced to 21 years in prison (minimum of 10 years) with the possibility of indefinite extention. The only higher sentence in Norway is 30 years, for genocide.
                Since the day of the announcement of the court, I have been questioning the world I live in. How is it possible that a person who killed 77 people is sanctioned with only 21 years of imprisonment? And, to make it worse, he has been recognised as completely sane; he did not express remorse in respect of the acts committed (and even if he did, would it change anything?). Breivik will be 53 at the end of his sentence; unless it is extended (it can be extended for a maximum of 5 years at a time). At this age, he will be fully capable of committing other crimes, and free to carry on his terrorist activity (assuming that through his sentence he will utilise the treadmill and computer which he is allowed to have in his cell). [Update: After publishing this post on my blog in Polish access to the computer has been denied for Breivik. He is trying to get it back, claiming that it was a part of deal with the Norwegian police]. 
                The case of Breivik is not the only one in which our society and legal system seem to be too liberal. Almost every year I hear about a robber, thief or other kind of criminal who was shot/badly injured because didn’t expect his victim to have a gun (or to use it in self-defence). Unfortunately, in most European countries, self-defence is very restricted. If someone attacks you with a baseball bat, you are allowed to use similar weapon, but you are not allowed to take out a gun (used in the family for hunting) and shoot him. In 2005, a situation like that took place in Skórzewo , near Poznań, in Poland, where a man shot one of the burglars. In 2010 in Germany, a retired man, whose passion was hunting, was attacked in his house by 5 young men. After being badly beaten and tied, he managed to release himself and shot one of the young guys while they whey escaping with the stolen goods. He was been accused of murder with the motive of nationalism, as all of the assaulters had been immigrants. (Luckily after a long trial he was exonerated)
                Don’t get me wrong. I wouldn’t vote for public access to guns. But if someone attacked me I shouldn’t have to hesitate with defence. It shouldn’t matter whether I use a rail from a nearby fence, a broken glass bottle found on the pavement or a knife from my kitchen. If the authorities have decided that it’s legal for me to have a gun in my house, and someone tries to attack me, why shouldn’t I use this gun to protect myself and my family?
                Returning to Breivik, I’m not a supporter of the death penalty, and I don’t think that John Locke was right (A criminal who, having renounced reason ... hath, by the unjust violence and slaughter he hath committed upon one, declared war against all mankind, and therefore may be destroyed as a lion or tiger, one of those wild savage beasts with whom men can have no society nor security. (Second Treatise of Civil Government, Ch. II, sec. 11). However, I’m a huge believer in the Latin saying Qui non laborat, non manducet, “which means the one who does not work shall not eat” ( 2 Thessalonians 3:10).
I think that criminals sentenced to long-term/life imprisonments should earn their living. It’s hard to find a sensible explanation as to why their access to treadmills, computers and two hot meals a day should be funded by my taxes. That’s why the idea of employing prisoners makes sense to me. I know that it would also generate expenses (wards, security at the work place etc.) but it seems that in the long term it would be cheaper.
I have seen this in action in the USA (prisoners in bright orange uniforms repairing the road and watched by several armed guards). I have also read somewhere that some prisons started to use metal bracelets with GPS transmitters, which help to locate prisoners in case of escape. In order to protect society from prisoners who pose a threat, and manage to escape, bracelets connected with a taser  (working with a GPS transmitter) should be allowed. After a certain distance, a high voltage impulse would be released. This would enable the use of prisoners for building flood embankments, street cleaning, road works, or other manual labour.
 I understand that it sounds similar to the Soviet GULAG system, but why should I agree on paying for food for someone who took pleasure in rape and murder? Wouldn’t it be better to use that money to improve the NHS or education systems?
                Original text has been published in Polish on here  on 4.9.2012

           

           

           

Photo from http://www.abovetopsecret.com/forum/thread834108/pg1
                

czwartek, 20 września 2012

Organizuję się!

"Traktuj przychodzącą pocztę tak, jak gdyby to było chińskie danie na wynos. Najlepiej je zjeść od razu; do końca dnia smakuje całkiem nieźle, lecz potem zaczynają się problemy.."
Mark Hurst

Ostatnio nie mam weny na pisanie dobrych jakościowo postów, a tymi złymi nie chcę zaśmiecać waszych kanałów RSS, facebook'owych ścian oraz twitter'ów. Pomyślałem jednak, że dzisiaj podzielę się z Wami jedną z mądrości wyczytanych w książkach Zen To Done (książka krąży po internecie w wersji polskiej, a Leo Babauta zgodził się na jej upowszechnienie, więc ściągając ją nie popełnicie kradzieży),Get Things Done  czy też Lifehacker. Jak żyć i pracować z głową. Wszystkie one traktują o organizacji swojego życia. Zarówno tego zawodowego, jak i prywatnego. Od czasu szkoleń, w których miałem przyjemność brać udział dokładnie rok temu, zacząłem wczytywać się w książki traktujące o samoszkoleniu oraz pogłębiać wiedzę z tym związaną. Jednak od czytania do wdrażania przyszło mi przejść długą drogę i zmienić kraj pobytu. Teraz jest lepiej, ale ciągle baaaardzo daleko od założonego celu.

Dobra, miało być o jednej mądrości, a ja tutaj się rozpisuję o moich postanowieniach i celach. Tak więc wracam do tematu.


Wyczyść swoją skrzynkę email!

Może brzmi banalnie, ale dla mnie było to dosyć trudne zadanie. Od początku używania Gmaila, traktowałem go jako swoistą kopię zapasową. Trzymałem tam wszystko. I to dosłownie, od maila rezerwującego nocleg w Kołobrzegu w 2007 roku, przez email do znajomego z liceum z 2006 na mailach służbowych skończywszy. Jak do tego doda się jeszcze subskrypcję do ponad 50 newsletterów oraz kilkadziesiąt kont na forach, serwisach społecznościowych i aukcyjnych, sklepach internetowych itp, to ilość przychodzących maili oscylowała dziennie w okolicy 45+. Znam osoby, dla których dużo maili oznacza +100, ale ja już przy 45 ponad połowę kasowałem bez czytania, a resztę sortowałem i umieszczałem w, z mozołem, zbudowanym systemie folderów, niejednokrotnie składającym się z 4 warstw podfolderów. I wiecie co? cały czas wydawało mi się, że jest to świetny system. Wszystko opisane, posegregowane... Ale jak trzeba było znaleźć załącznik z plakatem użytym podczas konferencji, albo maila z nazwą i nr telefonu do "tej świetnej, tajskiej restauracji", to trwało to zdecydowanie za wiele czasu. Okazywało się, że wpisanie słowa plakat nie dawało rezultatu, bo email z plikiem nie miał tytułu, a sam załącznik nazywał się "wzór2.jpg" Do tego Wiadomość stanowiło jedno słowo "poprawione". Oczywiście było to umieszczone w podfolderze "projekty", który znajdował się w folderze "konferencja 2011", który był w folderze "KNIW", który mogłem znaleźć w folderze IW...
Jak widzicie starając się stworzyć system idealny wpadłem w spiralę nadawania osobnych folderów nawet najmniejszym rzeczom. Jednocześnie cały czas tkwiła mi w głowie idea (tudzież stereotyp) plików/skoroszytów, trzymanych w teczkach. A przecież email to tylko ciąg zer i jedynek. A folder jest wartością do niego przypisaną pozwalającą go odnaleźć. 
Po kolejnym kilkudziesięciominutowym wyszukiwaniu potrzebnej wiadomości postanowiłem zastosować porady, które wyczytałem w książkach wymienionych powyżej (a także kilku innych źródłach). Zdawałem sobie sprawę, że nie jest to kwestia do załatwienia w jeden dzień, tak więc podzieliłem ją na trzy etapy.

1) Wypisanie się z niepotrzebnych newsletterów i kanałów RSS. 
2) Przeniesienie wszystkich wiadomości z folderów, które potworzyłem przez ostatnie lata do folderu nazwanego Archiwum2 z zachowaniem struktury podfolderów.
3) Posegregowanie wiadomości ze starych folderów.
4) Włączenie odbierania poczty z innych adresów w usłudze Gmail.
5) Stopniowe zaprzestanie użytkowania innego maila niż Gmail, a na potrzeby rejestracji używanie adresów mailowych jednorazowego użytku.


Etap pierwszy mógłby wydawać się o tyle prosty, że na wszystkie „śmieciowe” maile (czyli promocje, newslettery reklamy oraz rejestracje w serwisach jednorazowego użytku – jakaś internetowa księgarnia czy sklep z najtańszymi w danym momencie wycieraczkami samochodowymi oraz Facebook, z racji mnogości powiadomień na początku istnienia serwisu) posiadałem osobną skrzynkę odbiorczą. Jednocześnie był to jeden z moich pierwszych emaili, którym posługiwałem się do normalnej komunikacji zanim przerzuciłem się na Gmaila. Pomysł wydawał się ok, ale:
- taka „śmieciowa” skrzynka to miejsce, do którego podświadomie niechętnie zaglądałem. Wiedziałem, że na 90% procent nie znajdę tam żadnego wartościowego maila. Z tego powodu w kliencie poczty ustawiłem jej synchronizację na raz na 48h, a zaglądałem do niej jeszcze rzadziej i generalnie rzadko go porządkowałem.
- jako że była to moja pierwsza (albo jedna z pierwszych) „osobista” skrzynka pocztowa, to co jakiś czas zdarzało się, że lądował tam mail, który zawierał ważną informację (razem z następnym punktem to te brakujące 10%).
- część osób, które miałem na liście kontaktów starego maila, nie wiedziała o tym, że nie używam go już do kontaktów i wysyłała maile, na które powinienem odpowiedzieć

Taka sytuacja powodowała, że nie mogłem po prostu usunąć skrzynki wraz z całą zawartością. Postanowiłem więc, poświęcić trochę czasu i z mozołem otwierałem każdego maila i go weryfikowałem.
W przypadku starych, niepotrzebnych mi newsletterów starałem się znaleźć przycisk umożliwiający wypisanie się z subskrypcji (najczęściej pisane taką lub jeszcze mniejszą czcionką na dole strony). Gdy takiego nie było, to pisałem maila do danej księgarni/firmy z prośbą o usunięcie mnie z listy mailingowej.
W wypadku maili, które dostałem od osób, z którymi chciałem utrzymać kontakt, to odpisywałem na maila, a w treści wiadomości oznajmiałem, że od początku października 2012 całkowicie przestaję korzystać z danego adresu.
Emaile z hasłami, loginami i innymi danymi dostępu początkowo chciałem zarchiwizować w aplikacji Evernote, jednak w książce Lifehaker: jak żyć i pracować z głową znalazłem sugestię używania programu LastPass do archiwizacji tego typu danych. Przyznam, że trzymanie tego typu informacji w „chmurze”, nawet zaszyfrowanych (w czym przewyższa Evernote), nie zachwyciło mnie na początku, ale jednak się skusiłem. Przy okazji dowiedziałem się o kontach, o których już dawno zapomniałem (od razu je usunąłem).
W ten sposób udało mi się zminimalizować ilość otrzymywanych „śmieciowych” maili do minimum. Jednocześnie przez kolejne tygodnie systematycznie powtarzałem czynność wypisywania się z newsletterów, które przychodzą raz na miesiąc, czy zupełnie nieregularnie. W ten sposób nawet „śmieciowa” skrzynka nie jest zawalona.

Następnym etapem było przeniesienie całej dotychczasowej zawartości Gmail do forderu „Archiwum2” stworzonego na te potrzeby. Umożliwiło mi to odsianie starych wiadomości od tych, które będą nadchodziły w n trakcie porządkowania skrzynki. Stworzyłem również (podążając za radą z książki Zen To Done) dwa foldery: Bieżące oraz Zadania. Zrezygnowałem z folderu Archiwum, gdyż klient firmy Google ma wbudowaną funkcję archiwizacji maili.
Następnie poświęciłem dzień na przeglądanie maili (których okazało się być ponad 2500) Zacząłem od najstarszych folderów i postępowałem według zasady: Jeżeli mogę coś z maila zapisać w Evernote lub LastPass, to trzeba to zrobić, a wiadomość skasować. Maile wartościowe pozbawić starych etykiet folderów i je zarchiwizować oraz oznaczyć nowymi, bardziej odpowiednimi etykietami (UWAGA! Zanim zaczniecie etykietować wszystko co się da przemyślcie sprawę, ma to ułatwiać wyszukiwanie, a nie budować idealny system!) Wykorzystałem do tego także znacznik „ważne” dostępny w usłudze google, oraz „ulubione”. W ten oto sposób udało mi się zredukować ilość maili w archiwum do 204 wiadomości. Wliczając w to emaile wysłane przeze mnie (np. dla potwierdzenia dokonania płatności. Usunąłem jednak wszystkie maile potwierdzające płatności, które dotyczyły starych spraw, lub transakcji zakończonych pozytywnie). Jeżeli jakiś email wymagał mojego działania (odpisania, zadzwonienia, czy też czegokolwiek innego), to przerzucałem go do folderu „Zadania” i oznaczałem jako nieprzeczytany (ale tylko gdy czas wykonania tego zadania wyceniałem na ponad dwie minuty,  w innym przypadku, zwyczajnie je wykonywałem), a gdy dotyczył jednego z realizowanych przeze mnie projektów (np. pisanie tego bloga), to lądował w folderze „Bieżące” z odpowiednim znacznikiem. W ten sposób zaglądając pod koniec dnia do skrzynki mailowej mogę zapisać w kalendarzu zadania i wydarzenia ze skrzynki „Zadania” i opróżnić je z tych, które już wykonałem (zarchiwizować lub usunąć), a raz na tydzień (u mnie to niedziela) przejrzeć folder „Bieżące” i uznać, który z danych maili nie będzie mi potrzebny w najbliższym czasie, więc mogę go zarchiwizować lub zutylizować.

Zasada obsługi powstałego systemu pocztowego jest prosta:
- natychmiast po otrzymaniu maila decyduj o jego wartości. Maile nieistotne usuwaj.
- Jeżeli email dotyczy zadań, którymi się w danej chwili zajmujesz i będziesz kontynuował dyskusję na tematy w nim zawarte, to przenieś go do folderu „Bieżące”
- w przypadku emaili wymagających Twojej odpowiedzi, to odpisz jeżeli nie zajmie to więcej niż dwie minuty. W innym wypadku przenieś go do folderu „Zadania” oraz stwórz wydarzenie/zadanie w kalendarzu.
- maile z użytecznymi informacjami zarchiwizuj za pomocą przycisku na górze okna przeglądarki.


Zdaję sobie sprawę, że nie każdemu może odpowiadać układ składający się tylko z 3 folderów. Ale wydaje mi się, że utrzymanie porządku w takim systemie będzie łatwiejsze. Generalnie zasadą jakiej mam zamiar się trzymać, to zero wiadomości w skrzynce odbiorczej oraz przestanie korzystania z emaila, jako swoistego systemu backup. Do tego są inne programy. Zobaczę jak się będzie toto spisywało i dam znać. Za jakiś czas. Wtedy pewnie też napiszę coś więcej o programach i książkach dzisiaj przeze mnie wymienionych.

Aha, no i pozostało jeszcze przeniesienie usług zarejestrowanych na starym mailu na jednorazowe skrzynki mailowe i w efekcie końcowym zaprzestanie używania tego "śmieciowego" maila.

Życzę przyjemnych porządków (naprawdę niektóre maile były przezabawne, gdy je przeglądałem po kilku latach, a po uporządkowaniu maila poczułem, że kontroluję odrobinę więcej swojego życia) i do usłyszenia.

wtorek, 4 września 2012

Zbrodnia i kara 2.0


                Wolność niczym nieograniczona staje się pojęciowo niemożliwa.(...) Państwo radykalnie liberalne to utopia, która obraca się przeciw sobie.
Autor: Leszek Kołakowski
22 lipca 2011 roku. W Oslo, przed siedzibą premiera Norwegii Jensa Stoltenberga wybucha bomba umieszczona w samochodzie dostawczym. W wybuchu ginie siedem osób, a ósma umiera w wyniku obrażeń w szpitalu. Rannych zostaje kolejne 15.
Tego samego dnia na zjeździe młodzieżówki Partii Pracy na wyspie Utøya mężczyzna ubrany w mundur oficera policji otwiera ogień z broni automatycznej do zebranych tam ludzi. W wyniku półtoragodzinnej strzelaniny ginie 69 osób, a obrażenia odnosi 110, z czego 55 ciężko.  Średnia wieku osób zastrzelonych przez zamachowca to 19,43. Najstarsza miała 51 lat, a najmłodsza 14. Do zamachów przyznaje się 32-letni Norweg Anders Behring Breivik, który dobrowolnie oddaje się w ręce policji przybyłej na miejsce masakry.
                Po początkowym szumie medialnym dotyczącym ataków i wyciąganiu na światło dzienne dzienników, listów i nagrań wideo głoszących poglądy zamachowca, sprawa w dużej mierze ucichła . 16 kwietnia 2012 roku rozpoczął się proces oskarżonego. 24 sierpnia 2012 roku sąd skazał Breivika na 21 lat więzienia z możliwością bezterminowego przedłużenia wyroku, w wypadku gdyby nadal stanowił zagrożenie dla społeczeństwa. O przedterminowe zwolnienie może się ubiegać po 10 latach.
                Od dnia ogłoszenia wyroku zastanawiam się w jakim świecie ja żyję. Osoba, która dokonuje doskonale zaplanowanych zamachów, w których łącznie ginie 77 osób dostaje wyrok tylko 21 lat pozbawienia wolności. Przy czym trzeba zaznaczyć, że została wcześniej uznana, za całkowicie poczytalną oraz nie wyraziła żadnej skruchy w związku z popełnionymi czynami (a nawet jeżeli by wyrażał, to czy by to cokolwiek zmieniało?). W momencie opuszczenia więzienia Breivik będzie miał 53 lata (no chyba, że wyrok zostanie przedłużony, jednorazowo można go przedłużyć o 5 lat i można powtarzać do skutku). Będzie więc w ciągle w dobrej formie fizycznej (przy założeniu, że w swojej celi będzie więcej korzystał z udostępnionej mu bieżni mechanicznej, niż z dostępu do laptopa z połączeniem internetowym). Będzie też nadal w stanie zorganizować i przeprowadzić kolejne zamachy.
                Sprawa Breivika nie jest odosobnionym przypadkiem aż zbyt daleko posuniętego liberalizmu. Prawie każdego roku słyszy się o sytuacjach, w których napastnik zostaje zastrzelony podczas napadu/rabunku, bo nie wziął pod uwagę, że jego ofiara ma dostęp do broni palnej. Niestety w większości krajów europejskich obrona konieczna ma bardzo duże ograniczenia. Głównie chodzi o obronę z użyciem adekwatnych środków. Czyli, jak on Ciebie pałą, to ty mu już kulki posłać nie możesz. W 2005 roku mieliśmy taką sytuację w podpoznańskim Skórzewie (mężczyzna zastrzelił jednego z włamywaczy, sprawa została jednak umorzona), w 2010 w Niemczech (emeryt-myśliwy został zaatakowany przez pięciu młodych mężczyzn i zastrzelił jednego z nich, groziła mu kara więzienia za morderstwo imigranta, sprawa została jeszcze urozmaicona o nienawiść na tle nacjonalistycznym). Nie jestem za ogólnym i powszechnym dostępem do broni palnej, ale jak ktoś mnie atakuje, to powinienem mieć możliwość obrony i to, czy użyję do tego sztachety z pobliskiego płotu, potłuczonej butelki podniesionej z chodnika, czy młotka (ale takiego fest, półtora kilowego) nie powinno mieć znaczenia. A jak już odpowiednie służby uznały, że jestem poczytalny na tyle, żeby posiadać broń w swoim mieszkaniu i ktoś do tego mieszkania chce się włamać, to dlaczego nie miałbym użyć tejże broni do obrony własnej i swojego mienia?
                Wrócę jeszcze do Breivika. Nie popieram kary śmierci i nie uważam, że słowa Johna Locke’a: Każdy, kto łamie tę zasadę, staje się „dziką bestią”, można go zabić tak, jak zabija się dziką bestię. Powinny być wcielane w życie. Jednak jestem wielkim fanem i popularyzatorem łacińskiej maksymy: Qui non laborat, non manducet, czyli „kto nie pracuje, niech nie je” (wypowiedzianej chyba przez św. Pawła), a co za tym idzie uważam, że jak już osadzamy zbrodniarzy na długoletnie więzienia, to powinni oni na siebie zarobić. Bo nijak nie mogę usprawiedliwić tego, że ich bieżnia, dwa ciepłe posiłki dziennie i dostęp do internetu jest opłacany (między innymi) z moich podatków. Dlatego idea ciężkich prac wykonywanych przez więźniów jest mi bliska. Oczywiście to też kosztuje, ale wydaje mi się, że w dłuższej perspektywie wykorzystywanie zbrodniarzy do prac takich jak budowa dróg (widziałem jak to działa w USA: kilkudziesięciu więźniów w odblaskowych ubraniach kładzie asfalt pod okiem kilkunastu uzbrojonych w broń palną strażników. Gdzieś czytałem, że zaczęto też używać opasek lokalizujących zakładanych na wysokości kostki, co ma utrudnić ucieczkę, a raczej ułatwić złapanie po takowej), wycinki lasów, budowy wałów przeciwpowodziowych i innych prac. Zdaję sobie sprawę, że brzmi to zbyt podobnie do radzieckiego systemu łagrowego, ale dlaczego mam się godzić a płacenie za jedzenie dla kogoś kto czerpał przyjemność z zabijania czy gwałcenia? Czy nie lepiej by było przeznaczyć te pieniądze na jakiś inny cel? Samotne matki, NFZ, edukację? Kwestię potencjalnej ucieczki też można załatwić chociażby owymi bransoletami z nadajnikami GPS. A w wersji super ciężkiej z bransoletami wyzwalającymi ładunek elektryczny przy próbie ucieczki o sile podobnej do policyjnego tasera.

No, to się rozpisałem i wylałem trochę przemyśleń na ekran. Czekam na gorące komentarze, kłótnie i dyskusje (tylko z zachowaniem kultury)

wtorek, 21 sierpnia 2012

Trawienie sztuki współczesnej


Sztuka jest odtwarzaniem rzeczy, bądź konstruowaniem form, bądź wyrażaniem przeżyć – jeżeli wytwór tego odtwarzania, konstruowania, wyrażania jest zdolny zachwycać, bądź wzruszać, bądź wstrząsać.
Autor: Władysław Tatarkiewicz
Źródło:Definicja sztuki [w:] Wstęp do historii sztuki, PWN Warszawa 1973.

  Nigdy nie byłem fanem sztuki współczesnej. Uczucie to pogłębiło się w 2010 roku podczas wyjazdu do Paryża, gdzie odwiedziłem Centre Pompidou. Akurat tak się złożyło, że trafiliśmy na wystawę elles@centrepompidou . Przesłanie wystawy przemawia do mnie i z danymi zawartymi na plakatach nie mam zamiaru się kłócić. 


               


I tak samo założenie wystawy (czyli oddanie muzeum narodowego w ręce kobiet na czas roku), mające na celu promowanie walki z dyskryminacją nie budziłoby we mnie żadnych negatywnych odczuć. A jednak. Nie dosyć, że wykorzystane prace mi się nie podobały, to jeszcze w sporej mierze wywołały niesmak. Zwyczajnie wydaje mi się, że sztuka ma pewne granice i powinno się ją rozgraniczać z afiszowaniem własnej seksualności. A już na pewno przekonany jestem, że miejsce podpasek oraz tamponów jest w łazience, a tych zużytych w koszu na śmieci, a nie w muzeum i to w dodatku jednym z najsławniejszych na świecie.
Nie udało mi się znaleźć dokładnie tych obrazów, do których się odnoszę, ale poniższe filmy pozwolą chociaż trochę zrozumieć o czym mówię:
(Dla bardzo ciekawskich, na podanej wyżej stronie wystawy można zobaczyć klipy video, które były elementami wystawy).
                Odkąd przyjechałem do Londynu, to byłem na kilku wystawach promujących sztukę współczesną. Wiem, że nasuwa się pytanie – Po co chodzę na te wystawy, jeżeli wiem, że nie przepadam za sztuką współczesną? Odpowiedź jest prosta:  każde z tych wyjść, nawet gdy nie lubię wystawianych prac, stanowi pewne doświadczenie pozwalające wyrobić mi własne zdanie. Tylko w ten sposób mogę ustosunkować się do omawianego tematu. Zwyczajnie nie wyobrażam sobie wyrobienia sobie opinii o całej współczesnej sztuce na podstawie jednej, czy dwóch wystaw.
Tak więc kilka tygodni temu wybrałem się do Tate Modern na wystawę Damiena Hirsta. Krótki opis wystawy oraz film pokazujący skrawki tego co można zobaczyć można znaleźć tutaj.  Swoją drogą sam Hirst jest niezłym ewenementem. Najbogatszy żyjący artysta na  Wyspach, mający całkowicie odjechane pomysły, a na wystawie pokazuje przekrój prac od ścian pomalowanych w różnokolorowe kropki (wczesny okres jego twórczości), przez rozciętego na pół cielaka (krowę zresztą też), po odrąbaną głowę krowy z latającymi wokół niej muchami. A przy okazji skorzystałem z okazji i tego samego dnia zobaczyłem wystawę Edvarda Muncha. Niestety jego Krzyk nie był tym razem wystawiany. W zeszłym tygodniu byliśmy z kolei z Laurą na otwarciu wystawy Korean Eye 2012 w Saatchi Gallery, która przedstawiała przekrój przez koreańską sztukę XXI wieku.
Zarówno wystawa Hirsta, jak i Korean Eye prezentowały sztukę współczesną. Różnica polegała na tym, że prezentowane prace pochodziły z całkowicie odrębnych kultur i miały zupełnie inny wydźwięk.  Obydwie wystawy jednak skłoniły mnie do zastanowienia się nad tym co współcześnie można nazwać sztuką, a co jest zwyczajną fanaberią ekscentrycznych artystów, którzy promują swoje „dzieła” poprzez wykorzystanie nazwiska i/lub nazwy galerii, w której wystawiają swoje prace. W obydwóch wystawach poszczególne eksponaty nie miały, w większości przypadków, elementu wspólnego (nie licząc serii obrazów/instalacji artystycznych tego samego wchodzących w skład tego samego cyklu). Brak jakichkolwiek zasad, które mogłyby systematyzować prezentowane dzieła.
W minionych epokach o tym, czy dzieło artysty było wartościowe decydowały z góry wyznaczone kanony, którymi trzeba było się podporządkować. Oczywiście zdarzało się, że jakiś malarz, czy rzeźbiarz wyłamywał się z tych sztywnych norm i tworzył coś zupełnie nowego. Nierzadko było to całkowicie ignorowane za jego życia i dopiero potomni doceniali kunszt jego dzieła. Jednak zastosowanie pewnych norm pozwalało na systematyzację sztuki. Przy czym w czasie jednego okresu (w jednym stylu) mogło funkcjonować kilka kanonów. Pozwalało to uniknąć monotonii w sztuce.
                Sztuka współczesna nie posiada kanonu. Jak powiedział w jednym z wywiadów Henryk Kiereś:
Jedna z instalacji na wystawie Korean Eye 2012
Idąc na wystawę do Tate, Saatchi w Londynie, Museum of Modern Art. (MoMa) w Nowym Jorku, czy jakiegokolwiek innego muzeum sztuki współczesnej nie wiemy czego się spodziewać. Możemy zostać oszołomieni barwami i psychodelicznymi dźwiękami lub wejść do pokoju o białych ścianach, którego jedyną ekspozycją będzie krzesło stojące na środku. No, czasami może to być kilka krzeseł.

                Panuje co prawda opinia, że ” Sztuka współczesna z założenia ma burzyć spojrzenie na pewne sprawy. Sztuka musi pewne rzeczy naruszać. Po to jest i za to się jej płaci, żeby potrząsała światem współczesnym.”  Problem polega na tym, że dla mnie owo naruszanie „pewnych rzeczy” skupia się na posiadania odpowiedniego zaplecza do przepchnięcia w galerii malowidła 10x10 metrów, które przedstawia kolorowe kółka, ew. instalacji, o bliżej nieokreślonym kształcie. Co prawda przewodniki po wystawach dają niejednokrotnie kilkustronny opis danego dzieła, w którym wytłumaczone jest czym został zainspirowany artysta i jaki był cel jego pracy. 
Zastanawia mnie tylko, kto teraz określa co może wchodzić w zakres sztuki? Kto ustanawia granicę pomiędzy sztuką, a zwykłym chłamem?  Na gruncie dotychczasowych doświadczeń wyrobiłem sobie opinię, że tylko ja mogę dokonać takiej oceny. Co więcej, tylko dla mnie będzie ona ważna. Co prawda odpowiedź na część moich wątpliwości mogłem znaleźć w cytowanym powyżej artykule „Kiedy kupa jest sztuką, a kiedy sztuka kupą?”. (W żadnym wypadku jednak nie utożsamiam się ani nie reprezentuje całości stanowisk tam przedstawionych!)  Jednak póki co uważam, że obecnie sztuka raczej się stacza i jej wartość wyraża się w tym jak bardzo będzie ona szokowała. Dlatego pewnie jeszcze długo będę preferował Luwr, Ermitaż czy też V&A.  
Poniżej kilka zdjęć z wystawy w Saatchi i Tate.





Część z gabloty będącej elementem wystawy Hirsta.


Ja trafiłem na głowę, która była prawie świeża i jeszcze skórę miała.
(Zdjęcia z Saatchi są mojego autorstwa, a  wystawy Hirsta zapożyczyłem z internetu)

Książka do kupienia w sklepie w Saatchi Gallery


środa, 1 sierpnia 2012

W służebie pierwszego oficera na łajbie "Pequod" - czyli kawa kawa kawa

Kawa, owa odtrutka wina, popędza wyobraźnię i usuwa w ten sposób ból głowy i troski, nie zachowując ich, jak tamten trunek, na dzień następny.
Autor: Julien Offray de La Mettrie, Człowiek-maszyna, wyd. Hachette, s 71.


          Długo się nie odzywałem. I w sumie jakiejś jednoznacznej przyczyny znaleźć nie mogę. Niewątpliwie złożyło się na to wiele czynników, wliczając pracę, nadrabianie zaległości czytelniczych z ostatnich kilku miesięcy, a w ostatnim tygodniu nawet ładna pogoda, która mnie rozleniwiła niemiłosiernie. A! I jeszcze dodatkowa fucha wpadła w dni, które normalnie mam wolne od pracy, więc na nadmiar wolnego czasu nie narzekam.

          Ostatnio zastanawiałem się kiedy pierwszy raz usłyszałem o Starbucksie, tudzież zacząłem świadomie kojarzyć charakterystyczne logo i/lub nazwę z produktem. I wydaje mi się, że musiało to się stać jakoś tak w późnych latach 90tych. Jakoś w erze oglądania Kevin sam w Nowym Jorku czy innych "perełek" dzieciństwa. Niewątpliwym jednak jest, że gdy jechałem latem 2008 roku do "krainy Wujka Sama", to marka ta była już w mojej świadomości odpowiednio "wylansowana". W jakiś przedziwny sposób imię pierwszego oficera z Moby Dick'a stanowiło zaraz obok Manhattanu, Apple i kalifornijskich plaż, część składową mojego własnego "American Dream". Pamiętam więc doskonale moje rozczarowanie, gdy pierwszy raz spróbowałem kawy ze Starbucksa. Była to mrożona late na lotnisku w Chicago w 2008. Mrożona latte była słaba i generalnie niesmaczna. Teraz wiem, że nie był to najlepszy wybór, ale cóż, sprawił, że nigdy nie stałem się wielkim fanem tej marki. W Polsce, zawse wygrywało Coffee Heaven lub jakaś nie sieciowa kawiarnia, a w UK Nero. Jak to często bywa kwestie finansowe przekonały mnie do przerzucenia się na kawę ze Starbucksa po otrzymaniu rabatu pracowniczego. Jednocześnie zostałem uświadomiony, że od kwietnia duża kawa ma tutaj dodatkowe espresso. Niemniej jednak nadal uważam, że kawa w Nero jest lepsza.
Niektórzy mogliby zapytać, dlaczego podjąłem pracę w firmie, której produktu nie przedkładam ponad inne w tej branży. Sprawa jest prosta - oni potrzebowali baristów, a ja potrzebowałem pracy. W ten oto sposób, nie tylko zostałem pracownikiem, ale też klientem Starbucks'a.

          Kaczor i Viader się pytali jaka to jest praca. Ano... przyznam szczerze, że szału nie ma. W sensie, że co może być pasjonującego w robieniu kawy? Generalnie nasza filia pracuje w systemie trzy-zmianowym: 5:30-12/14, 8/10-16/18, 14/16-21:30. Oprócz tego zmiany są cięte i łączone (np. 10-13 i potem 13:30 - 16:00, żeby nie płacić pracownikom za przerwy. Przyznam, że system ten jest mocno denerwujący, ale można go trochę pod siebie dostosować przy dobrej woli managera. Prawdopodobnie tylko dzięki temu mam możliwość oglądania na żywo niektórych zawodów na Igrzyskach.
Rzecz nad którą nie mogę do końca przejść do porządku dziennego jest polityka związana z pozbywaniem się odpadków i żywności, której data ważności upływa danego dnia. Po pierwsze w ciągu jednego dnia zużywamy kilkadziesiąt litrów mleka, co razem daje niewiele mniej plastikowych butelek, w których jest ono dostarczane. Butelki te po zużyciu trafiają do jednego z koszy, który w założeniu powinien być na odpadki podlegające degradacji, ale w rzeczywistości ląduje tam wszystko. Nie wiem, czy to kwestia zasad u nas, czy jest tak w każdej z filii. Jednak wyrzucanie olbrzymich ilości jedzenia jest już nie do przyjęcia. Każdego wieczoru przed zamknięciem wyrzuca się wszystkie produkty, których data ważności upływa tego samego dnia. Niby normalka, ale fakt jest taki, że wielu ludzi mogłoby skorzystać z tego jedzenia gdyby tylko zostało im udostępnione. Nie wiem czy wynika to z opodatkowania darowizn (przypomina mi się sytuacja pewnego piekarza, który niesprzedany dzienny wypiek oddawał fundacji Barka, a potem Urząd Skarbowy ścigał go z podatkiem od darowizn), czy braku chęci. Jak dotąd nikt nie wytłumaczył mi dlaczego codziennie wyrzucam kilka kanapek, soków oraz sałatek. A! Żeby sprostować - pracownicy nie mogą brać tego jedzenia do domu, musi ono zostać wyrzucone. Szczególnie, że Starbucks na każdym kroku wspomina o używaniu kawy certyfikowanej znakiem Fair Trade, oraz dbaniu o środowisko. Cóż, nikt nie mówił, że kapitalizm jest idealny. Aby jednak coś zrobić z kwestą jedzenia na poziomie filii,  zaczęliśmy ostatnio wystawiać je w osobnych workach i chyba ktoś się zorientował, bo zanim skończymy sprzątać, to już tego jedzenia przy śmietniku nie ma.

Z innych perełek pracy w Starbucksie jest polityka "bycia przyjaznym" dla klienta. I to do przesady. "Dzień dobry", "Jak się masz?", "Jak mija dzień?" niby normalne, ale dla wielu osób drażniące. Większość klientów chce tylko kupić kawę, a nie budować znajomość z baristą, który za kilka miesięcy zmieni pracę. Po za tym mnie nauczono, że jak przychodzę do kawiarni i proszę o czarną kawę, to nie pyta się mnie czy chcę mleka, bitej śmietany i ciastka na dodatek. Fakt, że muszę pytać o to każdego klienta jest wysoce frustrujący, ale cóż.

I tak chyba wszystko powyższe bije na głowę proces zamawiania kawy. Klient przychodzi i po wymianie wspomnianych powyżej uprzejmości zamawia: tall, extra hot, skinny, vanilla, white chocolate mocha with extra shot of coffee and white chocolate. Ja na to się pytam, czy na miejscu, czy na wynos i zapisuję co trza na specjalnym papierku przyklejanym do kubka. Zapisa powyższego napoju wygląda następująco: T,3,X-H, N, V,WC,WM. A kombinacji jest kilkadziesiąt jak nie kilkaset, bo są 4 rodzaje mleka, 8 syropów smakowych, 3 wielkości, dwa rodzaje bitej śmietany, kilka posypek/sosów, kilkanaście rodzajów napojów i przynajmniej 20 innych opcji personalizacji kawy. Przez pierwszy tydzień ciężko było się w tym połapać, ale już jest lepiej. Niemniej każda rzecz ma swój kod i czasami proces zamawiania danej kawy zajmuje więcej niż jej przygotowanie.

          Żeby jednak nie było, że narzekam. Zwyczajnie opisuje. Praca nie jest super ciężka, pozwala zarobić na tyle, żeby się póki co utrzymać, a do tego daje już wspomniane wyżej odpowiednie ilości wolnego czasu do korzystania z możliwości, które daje życie w Londynie. Zdecydowanie preferuję zmiany poranne (od 5:30), gdyż po pracy mogę potem jeszcze całkiem sporo rzeczy porobić, w przeciwieństwie do zmian zamykających. Tak już mam, że łatwiej mi wstać do pracy na 5:30, niż obudzić się o 8 lub 9 rano gdy zaczynam na popołudnie. No i dużo zależy od tego z kim jest zmiana. Pracuje nas łącznie dziesięć osób, z czego aż czworo Polaków (o ilości Polaków pracujących w Starbucksie można by pewnie napisać dobry artykuł) i żaden Brytyjczyk. I większość osób jest ok.

No to na dziś tyle, pokrótce przybliżyłem jak "toto" wygląda i mam nadzieję, że odezwę się wkrótce.