piątek, 25 stycznia 2013

10 powodów dla których warto biegać


Pisałem już o tym, że biegam. Swego czasu miałem sporą ilość znajomych, którzy się pytali: po co, co ci to daje, itp. Przyznam, że wczoraj, gdy wiatr starał mi się zedrzeć skórę z twarzy, a "deszco-śnieg" gwarantował najlepszy peeling na świecie, to też zacząłem się nad tym zastanawiać. Szczególnie, że jeszcze dwa lata temu, jakby ktoś mi powiedział, że będę biegał (w miarę) regularnie, to pewnie bym go wyśmiał.
Niemniej w ciągu ostatnich dwóch lat sporo się zmieniło. Również w podejściu do biegania. Poniżej zebrałem 10 powodów, dla których warto według mnie biegać. 

To co mi daje bieganie?


1) REDUKUJE STRES: podczas biegania zachodzi cała masa reakcji chemicznych w naszym organizmie. Dwie z nich są szczególnie istotne. Po pierwsze podczas biegania wytwarzane są endorfiny zwane hormonami szczęścia. Po drugie podczas wysiłku fizycznego następuje wstrzymanie produkcji katecholaminy, która jest odpowiedzialna za napięcie nerwowe. Zwyczajnie czuję jak z kolejnymi kilometrami odpadają problemy i zmartwienia. Ja traktuję to też jako formę zastrzyku energetycznego.

2) MNÓSTWO DOBRYCH POMYSŁÓW: jako, że bezstresowo, to także bardziej obiektywnie udaje mi się spojrzeć na pewne sprawy. Nie bez znaczenia jest też fakt, że jest to jedna z form, która pozwala mi na rozwijanie swojej kreatywności. Ilość idei i rozwiązań, które wpadły mi do głowy podczas biegania i nalazły zastosowanie w życiu prywatnym, czy zawodowym jest olbrzymia. Dodatkowo warto przeczytać swój artykuł, pracę zaliczeniową, czy też projekt po powrocie z biegania. Zazwyczaj poprawia się jej jakość kilkukrotnie.

3) BIEGANIE POMAGA UTRZYMAĆ/ZRZUCIĆ WAGĘ:  Żeby ją zrzucić trzeba jeszcze zmienić swój jadłospis (chociaż trochę). No ale co wy byście woleli?: utrzymanie/zrzucenie wagi pijąc tylko wodę z cytryną, czy też półgodzinny bieg? To pierwsze sprawi tylko, że będziecie wkurzonym na cały świat hejterem, a drugie pozwoli nie dosyć, że czuć się lepiej, to jeszcze móc zjeść coś normalnego.

4) ZMNIEJSZAM RYZYKO CHORÓB SERCA I UKŁADU KRWIONOŚNEGO:  To akurat potwierdzają moje badania krwi. Bieganie i lepsza dieta sprawiły spadek cholesterolu, a toto cieszy. No i oprócz "wytrenowania serducha" pomoże także zwiększyć odporność. Zauważyłem, że mniej mam przeziębień, zapaleń gardła itp. Wydaję też mniej kasy na leki.

5) BIEGANIE JEST WYZWANIEM: i nie jest ważne, czy biegasz, żeby zrzucić kilka kilogramów, zaimponować partnerowi/kumplom z pracy. Za każdym razem gdy zakładam buty i idę na trasę podejmuję wyzwanie. Czasem jest to pobicie czasu na konkretnej trasie, czasami zwiększenie ilości przebiegniętych kilometrów. Zdarza się też, że sam fakt wyjścia na dwór przy ujemnej temperaturze i/lub deszczu/śniegu stanowi wyzwanie. 

6) POZNAJESZ NOWYCH LUDZI: czasami zdarza się to całkowicie niespodziewanie. Czasami umawiasz się na wspólne bieganie i znajomi przyprowadzają nowych ludzi. Najwięcej jednak osób poznałem ponieważ bieganie to też

7) UDZIAŁ W SUPER IMPREZACH: wyścigi i akcje charytatywne, biegi masowe i te mniejsz - lokalne. Na każdej z nich poznaje się całą grupę ludzi, którzy też lubią biegać. Dla mnie najciekawszym doświadczeniem było bieganie w konkretnym, charytatywnym celu.

8) POZNAJE NOWE MIEJSCA: jako, że buty i strój do biegania nie zajmują dużo miejsca, to biegałem już w kilku krajach. W ten niecodzienny sposób zwiedzałem już kompletnie nieturystyczne miejsca w UK, Turcji i Kazachstanie, oraz na Malcie. Takie bieganie pozornie bez celu jest świetną sprawą i daje naprawdę dużo frajdy. A w niektórych miejscach stanowi przyczynek do rozmowy z "lokalsami" i wstąpienia na szklankę wody/herbaty.

9) LEPIEJ ŚPIĘ: co tu dużo gadać. Wspomniane już poranne wstawanie wymaga wcześniejszego kładzenia się spać. Po całym dniu pracy i bieganiu zasypia się jak dziecko. A sam sen jest jeszcze bardziej regenerujący.

10) POKONUJĘ KOLEJNE GRANICE: z reguły są to granice mojej wytrzymałości. Bo często zdarza się tak, że płuca palą żywym ogniem, nogi ciążą jak z ołowiu i myślę, że to już koniec. Zaraz się zatrzymam, padnę, umrę zwyczajnie i że to byłoby takie łatwe. Ot, zwolnić trochę i się przejść, a nie przebiec. No właśnie, byłoby łatwe, ale jak bym się z tym czuł? Co więcej te granice się nigdy nie skończą. Zawsze można dalej, szybciej, lepiej. 

Dla mnie ważne jest, że gdy biegam, to zwyczajnie czuję się lepiej. Odpada cała kupa codziennych trosk i zmartwień. Do tego, jeżeli biegam rano (na co mam czas dzięki zwyczajowi wcześniejszego wstawania) to dostaję kopa energetycznego na cały dzień, a przez to jestem bardziej znośny dla otoczenia. Bieganie nauczyło mnie, że czasami warto zagryźć zęby i dotrwać do końca. 

A wam, jeżeli biegacie, co dają treningi? Co motywuje was do wyjścia na zewnątrz i pokonania kolejnych kilometrów? 

Jeżeli nie biegacie, to spróbujcie, najlepiej z kimś kogo znacie. Na spokojnie bez parcia na dystans, czas i rezultaty. W końcu może to polubicie, a jak nie, to na pewno wam to nie zaszkodzi.


Pozdrawiam
M.


czwartek, 24 stycznia 2013

Jak głęboko trzeba kopać aby być dziennikarską hieną?

Szybki wpis z rana, bo nie rozumiem pewnego zjawiska. Tzn. może nawet i rozumiem, ale jest ono dla mnie tak chore, że się to w głowie nie mieści. Co więcej za każdym razem jak myślę, że już osiągnęło swój najwyższy (albo najniższy, zależy od punktu widzenia) pułap, to nadchodzi dzień kiedy jest jeszcze gorzej. Tym zjawiskiem jest odkopywanie przez dziennikarzy tematów, które są zwyczajnie nieświeże. Takie, odgrzewanie popularnych, bo kontrowersyjnych wydarzeń.








Dzisiaj na stronie internetowej oraz w papierowym wydaniu SE pokazał się tekst odgrzebujący temat, który, wydawałoby się, jest już przeszła. Oprócz sporadycznych wzmianek o sprawie Madzi temat ten był martwy. A przynajmniej tak myślałem aż do dzisiaj rana gdy zobaczyłem na Twitterze Kuźniara to:




Przecież toto jakieś chore. Ja wiem, że może się sprzeda, ale takie zagrania to są poniżej czegokolwiek. Co więcej nie wiem jak w wersji papierowej, ale na stronie internetowej opublikowano internetową rekonstrukcję pokazującą jak wyglądałaby dziewczynka.





Przyznam, że rzygać mi się chce jak widzę taki tekst.

Dzisiejsza herbata z mlekiem nie smakowała tak samo. Jakaś taka gorzka była.

środa, 23 stycznia 2013

Jak być zawsze "na czasie" ze swoimi zadaniami?


From Textua

Bez przerwy w „niedoczasie”? Ciągle z zadaniami do zrobienia “na wczoraj”? Każdego dnia macie wrażenie, że nie udało wam się osiągnąć wszystkich założonych na dany dzień celów? Chcecie być "na czasie", albo raczej "o czasie"?


A słyszeliście o zasadzie 60/40?









Jest to zasada, która stawia na realizm. W końcu doba ma tylko 24h i nie ma opcji, żeby ją wydłużyć. I nieważne jest czy wasz dzień pracy ma 5, 8, czy 12 godzin. Prawda jest taka, że jak wypełnicie kalendarz „po brzegi”, to nie dacie rady. No nie i już.

W dobie telefonów komórkowych, maili i szefa/klienta, który chce coraz to nowych rzeczy normą jest, że w naszym, wydawałoby się świetnie, zaplanowanym dniu powstają dziury. Do tego dochodzi jeszcze kwestia zwykłych opóźnień wynikających z kłopotów komunikacyjnych czy też będących winą osób trzecich (np. spóźniający się kontrahent).

O co codzi w zasadzie 60/40?
Całość jest prosta. Jeżeli pracujecie w systemie 8h, to planujcie swoje zadania tak, żeby wypełniły tylko i wyłącznie 60% waszego czasu. W tym wypadku będzie to niewiele poniżej 5 godzin. I uwierzcie mi, to nie jest za mało. Po prostu trzeba być realistą i niektóre rzeczy przełożyć na inny dzień.

Pozostałe 40% czasu, to właśnie te nieprzewidziane przez was sprawy. Korek w drodze na spotkanie, 30-sto minutowy telefon od klienta, a także przedłużające się spotkanie, czy realizacja innego projektu. 

Staram się postępować wedle tej reguły mniej więcej od wtedy, kiedy zacząłem wcześnie wstawać. I powiem szczerze, że póki co system się sprawdza. Zdarzyło się parę razy, że byłem na tzw. „niedoczasie”, ale jest to tak rzadkie w porównaniu do czasów sprzed tej metody, że aż do pominięcia. Kilka razy zdarzyło się też, że z wszystkim wyrobiłem się szybciej niż planowałem.

Sprawdźcie sami i oraz dajcie znać jak wy radzicie sobie z problemem czasu. Metoda ta działa jeszcze lepiej przy odpowiednim planowaniu ilości zadań w ciągu dnia, ale o tym kiedy indziej. Dzisiaj lecę oglądać stream z Social Pozań.

Do jutra
M.

wtorek, 22 stycznia 2013

Gdzie dostać polskie e-booki?










Temat książek zawsze mi był bliski. W związku ze zdradzeniem książek papierowych na rzecz Kindle w ciągu ostatniego roku zapoznałem się z ofertą kilku e-księgarni/platform umożliwiających kupno książek elektronicznych. W związku z tym, że miałem przeróżne doświadczenia związane z zakupem e-book'ów przez internet, oraz że co jakiś słyszę pytanie o to, gdzie i za ile można kupić polskie e-book'i, to uznałem, że warto będzie zrobić małe zestawienie. 



Co brałem pod uwagę?

Przyznam, że ciężko było wyznaczyć jednolite ramy, które mogłyby mi pomóc w ocenie używanych księgarni. W dużej mierze wynika to z różnorodności usług dostępnych na rynku. Część wydawnictw sprzedaje e-booki poprzez własne strony, część korzysta z dużych platform. W zestawieniu znalazł się też gigant, dla którego sprzedaż książek stanowi tylko procent przychodów. 

Docelowo jednak uznałem, że ważne dla mnie jest kilka czynników:

- łatwość w znalezieniu poszukiwanego tytułu
- współpraca z urządzeniem Kindle
- możliwość czytania zakupionych książek w dedykowanej aplikacji na tablety
- łatwość w pobieraniu zakupionych dokumentów
- ilość dostępnych formatów
- kontakt z klientem
- ilość dostępnych tytułów

Powyższe punkty nie są ustawione według wartości jaką im nadawałem. Były to niejako ogólne wyznaczniki, którymi się kierowałem przy ustalaniu pozycji w rankingu.  No ale czas przejść do rzeczy:


1) Woblink.com - zdecydowanie lider w moim zestawieniu. Pierwszy mój kontakt wypadł akurat na moment, w którym padły im serwery i rozdawali książki aby to zrekompensować. Szybkość działania oraz kontakt z klientem wzbudził mój podziw, o czym poinformowałem na ich fanpage'u. Jakiś czas później sprawdzałem swoją skrzynkę i zajrzałem do folderu inne (tego, do którego trafiają wiadomości od nieznajomych na Facebook'u). Czekała tam na mnie taka wiadomość:


Nie muszę mówić jak miły był to gest. Nie wiem, czy była to standardowa procedura, czy też byłem jednym z wybrańców, ale osiągnęli cel: stałem się ich wiernym klientem. Jeżeli do tego dodam super sprawną obsługę i pomoc poprzez wiadomość na Facebook'u, to już w ogóle bajka. 



Oczywiście nie wszystko jest idealne. Cały czas brakuje mi wysyłki na Kindle. Denerwują mnie też wyskakujące okienka w mojej bibliotece służące do pobierania książek. Wydaje mi się, że spowalnia to przeglądanie biblioteki. 

Całość, jak doda się aplikację na urządzenia mobilne oraz otrzymywane w przy zakupie kody rabatowe stanowi najlepszą moim zdaniem opcję zakupu polskich książek elektronicznych.

2) Nexto.pl - dobra i solidna firma. Oprócz słowa pisanego oferują także audiobooki. Książki po zakupie można wysłać bezpośrednio na Kindle, co może być dużym ułatwieniem. W wypadku innych czytników, pobieranie następuje z poziomu biblioteki i jest bardzo wygodne. Dużym plusem jest olbrzymi wybór e-prasy oraz aplikacja ułatwiająca czytanie gazet w pdf na tablecie. 

Niewygodnie rozwiązana jest niestety biblioteka zakupionych książek. Nie ma możliwości tworzenia kolekcji, przez co po zakupie 50 pozycji z literatury klasycznej, aby dojść do starszych książek muszę przeskakiwać strony. 

Nexto.pl wyróżnia się na tle innych w zestawieniu niesamowicie rozbudowanym programem partnerskim. Przyznaje także punkty za dokonane zakupy, które można wykorzystać na opłacenie kolejnych. W przeciwieństwie do Woblinka, tutaj nie ma limitu i jeżeli starczy nam punktów na zakup danego produktu, to nie dokładamy ani złotówki

3) ebookpoint.pl - bezpośrednio związane z GW Helion i wydaje mi się, że mające wyłączność na jej produkty. Oprócz wysyłki na Kindle umożliwia także wysłanie plików na Dropbox, co ułatwia tworzenie kopii zapasowych swoich e-booków. W swojej ofercie także posiadają audiobooki. 

Na początku roku ebookpoint.pl również miał problem z serwerami. Było to spowodowane noworoczną promocją. Firma pokazała jednak, że umie wyjść z kryzysu z podniesioną głową i po początkowym chaosie nawiązała skuteczny kontakt z klientami narzekającymi na profilu wydawnictwa. Cała sprawa została również rozwiązana w sposób umożliwiający skorzystanie z promocji wszystkim zainteresowanym. Tą akcją dodali sobie kilka punktów.

Żeby nie było tak wspaniale, to biblioteka nie posiada możliwości jakiejkolwiek segregacji. Wybór książek też jest mocno ograniczony, ale to akurat wynika ze specyfiki GW Helion.

4) Virtualo.pl - wchodzi w skład grupy Empik. Posiada imponującą liczbę książek, audiobooków i prasy. Do tego spory dział z e-czytnikami. Jako jedyna umożliwia wypożyczenie książki, aczkolwiek nie skorzystałem z tej usługi. Niestety nie daje możliwości wysłania plików na Kindle.

Wyróżnia ją możliwość realizacji kodów na e-booki, które można kupić w salonach Empik.

5) Publio.pl - portal Agory, który powoli pnie się w górę. Coraz więcej pozycji, wysyłka na Dropbox i możliwość zarządzania biblioteką pozwalają mi sądzić, że za jakiś czas uda im się wejść w górę w rankingu.

Po za rankingiem znalazły się dwie platformy. Pierwsza z nich to Amazon, który siłą rzeczy jest jednym z podstawowych źródeł moich e-book'ów w języku angielskim. Książki po polsku mocno tam kuleją. Jest ich zwyczajnie mało. Do tego dochodzi jeszcze fakt, że Amazon nie jest stworzony jako księgarnia i e-booki stanowią tylko znikomą część jego sprzedaży.

Do zestawienia nie wliczyłem też sklepu Wydawnictwa Almaz. W tym wypadku zadecydowało o tym kilka rzeczy: moje doświadczenia z nimi do te pory ograniczały się do "zakupu" darmowego egzemplarza książki. Niemniej miałem okazję szukać pomocy na ich fanpage'u. Mimo późnej pory wszystko udało się załatwić (mimo, że trwało to prawie godzinę). 



Przy takiej obsłudze klienta pozostaje tylko zwiększyć ilość dostępnych publikacji, stworzyć bibliotekę na zakupione pliki (bo pobieranie tylko z linku z maila jest uciążliwe - brak możliwości ponownego pobrania) lub wysyłka na Kindle i może się okazać, że za jakiś czas znajdzie się w czołówce. Ale do tego czasu jeszcze wiele książek zostanie napisanych.


Jest także wielki minus. Należy on się Fabryce Słów, za kompletny brak kontaktu z klientem. Dwa maile i wiadomość na fanpage'u pozostały bez odzewu. Przyznam, że jest to dla mnie duży zawód, bo większość polskiej fantastyki jest wydawana właśnie przez nich i bardzo lubię ich papierowe wydania. Jednak skutecznie mnie zniechęcili do szukania książek poprzez ich stronę.



Jeżeli ktoś nie chce szukać książek na własną rękę, to polecam codzienne informacje o promocja e-book'ów na profilu Świata Czytników oraz skorzystanie z wyszukiwarki e-book'ów, która przeszukuje olbrzymie zasoby większości polskich sklepów z e-bookami.


Podsumowanie:

Ranking opiera się na moim rocznym doświadczeniu i zawiera tylko i wyłącznie te portale, wydawnictwa i e-księgarnie, z których usług skorzystałem, lub chciałem skorzystać (w dalszej części tekstu pod słowem "księgarnie" będą się kryły także wszystkie inne platformy zakupowe). Wiem, że zestawienie to będzie mocno ograniczone, bo miejsc do zakupu e-book'ów jest dużo więcej, ale nie mogę oceniać czegoś z czym nie miałem styczności. Z tego samego powodu jest to zestawienie w pełni niezależne i subiektywne. 

Mam nadzieję, że przy obecnej dynamice rynku e-book'ów i rozwoju e-czytelnictwa za rok będę mógł dodać kilka wartościowych pozycji oraz funkcjonalności w już istniejących sklepach.


Aha! Nie muszę mówić, że portale jak chomiki czy inne szczury nie były brane pod uwagę? Kradzież jest kradzieżą, a e-booki można dostać za bardzo przyzwoite pieniądze.


poniedziałek, 21 stycznia 2013

Nie taka rewolucja straszna



Nie ma na tym blogu wielu recenzji. De facto do tej pory nie było ani jednej. Jednak ostatnio czytam więcej i niektóre z książek, które zagościły na moim Kindle, są na tyle dobre/złe, że aż chce się podzielić przemyśleniami ich dotyczącymi. Nie zawsze będą to recenzje w klasycznym tego słowa znaczeniu. Będą to też swoiste "majkelizmy" czyli przemyślenia, koncepcje i idee, które zostały zainspirowane daną publikacją.


Zanim sięgnąłem po książkę Michała Sadowskiego pt. "Rewolucja Social Media" minęło trochę czasu. Czasu wypełnionego czerwono białym logiem z okładki pojawiającym się co i rusz na Facebook'u, kanale RSS i innych platformach komunikacji ze światem. Czasami miałem wrażenie, że książka ta już zgarnęla jakieś nagrody i zajęła miejsce w kanonie książek o Nowych Mediach, zanim jeszcze takowy powstał. Podsyciło to tylko moją chęć jej nabycia.

Nie wiem czemu, ale ubzdurałem sobie, że chcę ją kupić w wersji papierowej, a nie elektronicznej. Niestety zapomniałem o złożeniu zamówienia przed świętami i skończyło się na zakupie e-książki przy jednej z promocji oferowanych przez ebookpoint.pl. Od zakupu do przeczytania jednak droga daleka i dopiero w zeszły piątek skończyłem ją czytać.  I kończąc wiedziałem, że były to dobrze wydane pieniądze, a także że prócz odpowiedzi na sporą ilość pytań, lektura "Rewolucja Social Media" zrodziła jeszcze więcej takich, na które odpowiedź może przynieść tylko doświadczenie w dziedzinie kontaktu z klientem, promowaniu marki oraz monitoringu (oczywiście wszystko poprzez internetowe narzędzia i portale).

Książkę Michała Sadowskiego czyta się bardzo dobrze. Ucieszyło mnie, że nie trzeba być specem od marketingu, e-commerce, czy obsługi klienta aby zrozumieć przekazywane przez autora treści. Krótkie rozdziały oraz prosty i łatwy w odbiorze język ułatwiają wyciągnięcie z książki informacji nawet gdy czyta się ją "z doskoku", między jednym zadaniem, a drugim.

Rzecz, które przypadła mi szczególnie do gustu, to użycie w wersji elektronicznej książki linków odnoszących bezpośrednio do materiałów, na których opierał się autor, lub takich o jakie chce uzupełnić swoją wypowiedź. Z założenia przeglądałem je po zakończeniu czytania rozdziałów używając do tego tabletu, ponieważ, jak już pisałem, przeglądarka na Kindle jest raczej słaba. Te dodatkowe informacje stanowiły dla mnie niesamowicie wartościowy bonus do reszty treści zawartych w książce i sprawiły, że była ona jeszcze bardziej "lekkostrawna".




Miałem pewne obawy co do obiektywności całej publikacji. W końcu traktuje ona także o monitoringu w Social Media, a Michał Sadowski jest jednym z właścicieli Brand24. Na szczęście moje obawy okazały się całkowicie bezpodstawne. Wydaje mi się, że mówiąc o monitoringu ani razu Brand24 nie pojawił się bez towarzystwa swoich bezpośrednich konkurentów. 

Jako stosunkowo świeży "Wszechogarniacz Social Media" znalazłem w książce mnóstwo przykładów wykorzystania mediów społecznościowych. Cały rozdział poświęcony kilkudziesięciu przypadkom wykorzystania Facebooka, Twittera i innych, przez znane firmy jest wysoce inspirujący i pokazuje jak przenieść to o czym pisze autor w rzeczywistość (a może raczej rzeczywistość wirtualną). 

Podsumowując, książka ta stanowi świetne źródło informacji dla każdego, kto chce budować firmę, czy markę w dzisiejszym świecie. Wydaje się oczywiste, że bez udziału "Internetów". 

Oprócz tego książka powinna stać się lekturą obowiązkową dla wszystkich pracowników z działów obsługi klienta. Taki bonus na start, a po tygodniu egzamin z treści.

Mam tylko nadzieję, że ta rewolucja nie zje swoich dzieci. Możecie o to zadbać i sprawdzić, co wiedzą o tobie dostawcy aplikacji, których używasz.

niedziela, 20 stycznia 2013

Niedzielnik 14-20.01.2013


Niedzielnik 14-20 Stycznia 2013

Kolejna porcja informacji I wydarzeń, które uznałem za interesujące. W tym tygodniu trochę social media, trochę kultury, kilka poleceń innych blogów i kilka innych rzeczy.
Dobrego czytania życzę:

1) Artur Smolicki na fanpage'u newCreative.pl podrzucił zdjęcie przedstawiające rozwiązanie facebooka dające możliwość odpłatnego zdobywania fanów.
Nie wiem jak wy, ale mi się to ani trochę nie podoba. Może to doprowadzić do sytuacji, w której ludzie z kasą, a bez pomysłu na siebie zwyczajnie zrobią sobie kilkutysięczne fanpage. Przyznam, że zaczynam poznawać „Google +”, bo zwyczajnie iedługo Facebook może być za drogi, aby w pełni z niego korzystać.





2) Stanowisku (założyciel serwisu sportowego weszlo.pl) założył nowy portal wyszlo.com mający w zamierzeniu być portalem dla mężczyzn. Póki co nie spodobał mi się żaden z wpisów w nim zamieszczonych. Nie do końca odpowiada mi sie forma jaką nadał serwisowi jego autor. Wydaje mi się też, że portal pojawił się wcześniej niż planowano żeby skorzystać na popularności jaką zdobył Stanowski po opublikowaniu tego artykułu.


3) Poniedziałek i wtorek szturmem podbiło internet ogłoszenie o otwarciu nowej knajpy w Warszawie. „Piwnica u Fritzla” miała wzbudziła mnóstwo kontrowersji. Pisałem o tym na blogu w tym poście.




Na szczęście cała sprawa zakończyła się wypowiedzeniem umowy pomysłodawcy tego przedsięwzięcia. Moim zdaniem całkiem słusznie.

4) Pijaru Koksu Blog wrzucił świetną reklamę Samsunga na swoim Facebook’u. Pomysł i wykonanie na najwyrzszym poziomie.




5) Chyba największe poruszenie wywołało obwieszczenie zmian jakie Facebook wprowadzi w swojej wyszukiwarce. O tym, co to oznacza i jakie mogą być tego konsekwencje pisałem także. Post znajdziecie tutaj.



6) Onet opublikował artykuł, w którym podawał rzekome zarobki blogerów. Z tego co wyszukałem, to większość z nich była wzięta z kosmosu i blogerzy mocno pojechali po twórcach i samym portalu.
7) Również w sieci rozgorzała dyskusja na temat Lanca Armstronga po jego ujawnieniu się. Dla mnie żadne ujawnienie (w końcu udowodnili mu, że brał zanim się do tego przyznał), tylko świetna robota zespołu PR, a ktoś, kto pisze mu teksty jest naprawdę dobry.
Moje zdanie przedstawiłem już w październiku w poście „Inni biorą, ja też biorę”.

Wkurzyło mnie wykorzystywanie przez niektórych ludzi nawet takiego info do uprawiania jakiś debilnych gierek politycznych. Porównanie ze zdjęcia poniżej jest tak z dupy, że aż nie chce mi się komentować. I jeszcze te osoby, które to lubią. Ciekawe ile z nich kojarzy obie sprawy?



8) Ostatnim smaczkiem jest clip do piosenki Marii Peszek, który powstał przy udziale internatutów. Ciekawe to bardzo i w sumie efekt nienajgorszy. Sami oceńcie:





To na tyle. Jeżeli wpadło wam coś więcej w oczy lub kanał RSS to dajcie znać.

Przy okazji, wcześniej nie wiedziałem, że ktoś prowadzi podobne zestawienie, a nie chcę wyjść na kopiującego. Tak więc wejdzcie na bloga Pijaru Koksu Blog i tam znajdziecie więcej newsów ze świata PR i reklamy.

Miłego popołudnia
M.

sobota, 19 stycznia 2013

"No name" nie zawsze znaczy zły zakup.




Kupiłem piórko. Takie zwyczajne, w srebrnej obudowie, bez żadnych bajerów pod tytułem ukryty długopis, kamera i dyktafon do tego. I powiem szczerze, że od wczoraj nie wiem jak mogłem używać tabletu tylko za pomocą palców.

Pisałem na początku nowego roku trochę o tablecie, którego używam. Wspomniałem tam o problemie refleksów świetlnych, ale nie napisałem o tym jak brudzi się ekran gdy się go „palcuje”. Jest to tym gorsze im silniejsze są odbicia i refleksje na ekranie.

W związku z powyższym od jakiegoś czasu chodziła mi po głowie idea kupienia stylusa do tabletu. Jednak ciągle uważałem, że albo jego cena była nieadekwatna do jakości, albo jakość do ceny, albo zwyczajnie nie było mnie na niego stać. Ostatni przypadek dotyczył właściwie jedynego urządzenia wskazującego, które mi się naprawdę spodobało. Był to Bamboo Stylus Pocket, który wydawał się idealny do użytkowania z siedmiocalowym tabletem. Jednak cena wynosząca 29,99 funta była dla mnie za wysoka. Podobnie było z Bamboo Stylus Duo, który jest zintegrowanym piórkiem i długopisem.

Wczoraj zupełnie bez powodu wszedłem do „Poundland Shop” i w oczy rzuciło mi się różowo opakowany zestaw stylusów reklamowanych jako współpracujące z iPadem i iPhonem. Uznałem, że warto próbować i za jednego funta go nabyłem.



W domu okazało się, że krótszy, teleskopowy stylus (przyczepiony do wtyczki pasującej do gniazda słuchawkowego) nie działa z ekranem pojemnościowym (czyli, jeżeli się nie mylę, nie będzie działał w połączeniu z iPhonem/iPadem). Za to drugi działa świetnie i zdecydowanie ułatwia używanie tabletu.



Do tej pory nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo (szczególnie na ekranie Nexusa 7) ograniczam sobie pole widoczności moimi wielkimi paluchami podczas przewijania stron, czy też wpisywania tekstu. Używając stylusa udaje mi się tego uniknąć.

Podsumowanie:
Plusy:
- cena
- wygoda i precyzja obsługi
- brak smug na ekranie
Minusy:
Przy tej cenie jedynym minusem jest to, że muszę teraz pamiętać o jego noszeniu. Wszelkie inne niedogodności są wkalkulowane w ryzyko kupowania niemarkowych sprzętów.